11 lat w ciemności…

1
0

Piękna  jesień. Słońce. Za oknem złote liście. Radość dla oczu. Czy dla wszystkich oczu? W domu Pomocy Społecznej spotykamy Pana Piotra. Starannie ubrany, elegancki starszy pan. Od 11 lat kolory jesieni nie dla niego. Jest całkowicie niewidomy. Jego współmieszkańcem jest Pan Franciszek, lat 94.

– Nie mogę się nadziwić – mówi – niesamowitym możliwościom Piotra. Mimo tego, że jest niewidomy, daje sobie radę ze wszystkim. Codziennie się goli, sam myje, czyści  paznokcie, dzień zaczyna od gimnastyki. Nie potrzebuje pomocy pielęgniarki. Jak trzeba – idzie do sklepu, bez problemu, przynajmniej tak to wygląda, pokonuje przeszkody.

– No, nie mogę się poddawać – twierdzi Pan Piotr. Poddałem się już wcześniej, kiedy w młodych latach zlekceważyłem swój słaby wzrok i zamiast dbać o oczy, pracowałem w zawodzie trudnym i wymagającym dużego wysiłku fizycznego i sprawności. Jedna operacja, druga operacja… i wyrok: nie będzie pan widział. Koniec. Rok 2000. Różne myśli przychodziły mi wtedy do głowy. Nie jeździć samochodem? Nie pracować? Nie zniosę tego. Ratowałem się, mimo wszystko, pracą. Już nie zawodowo, a wcześniej pracowałem w przedsiębiorstwie, jako instalator wodociągowy. Ale mogłem jeszcze, jeśli mi nikt nie przeszkadzał, mogłem posługiwać się spawarką, wykonałem dużą huśtawkę dla dzieci, a nawet kostkę brukową. Za swój sukces uważam wybudowanie na wzór góralski psiej budy. Co tam budy. Willi.  Drzwiczki, schodki, okna, firanki, kolorowy dach. Burek czuł się tam, jak psi król, ludzie podziwiali moje dzieło. Ponieważ zaszła taka potrzeba, zbudowałem instalację kanalizacyjną o długości 30 metrów. Robiło się wokół mnie zbiegowisko: – „Piotruś, aleś ty biedny” – lamentowały sąsiadki, a ja nie potrzebowałem i nie potrzebuję ani współczucia, ani litości. Budowałem więc nocą. Prosto pod sznurek, głębokość… szerokość… co noc 1 metr. Ja, człowiek już niewidomy!

No, ale życie mi się zawaliło. Rozpadła się po 19. latach rodzina. Wcześniej byłem, można powiedzieć, zamożnym człowiekiem. Miałem ładny dom, hektar stawu rybnego, dobrą pracę, którą lubiłem. I po tych 19. latach zostałem bez pracy, bez domu i bez niczego. Na szczęście spotkałem moją drugą towarzyszkę życia. Była ona dla mnie osobą wyjątkowo dobrą, serdeczną opiekunką, moją życiową iskierką w zapadających ciemnościach. Ale znowu los wykorzystał okazję. Po 17. latach zmarła. Zostałem sam. Radziłem sobie przez dwa lata, ale w okolicznościach, o których nie będę tu mówił, straciłem dach nad głową i znalazłem się w tym  olkuskim Domu Pomocy Społecznej. Być może nie na długo, bo mam już lat 68. Jestem samotny, nie mam swoich dzieci, choć moje siostry nie zapominają o mnie w potrzebie. Nie narzekam, bo co mi pozostało. Ale dla mnie, tak zawsze aktywnego, dzień absolutnej bezczynności jest męką. No tak, można prowadzić jakieś życie towarzyskie, dlatego uczestniczę tu w różnych wydarzeniach, zawieram znajomości, ale to jest pozór aktywności.

Co ja bym powiedział, poradził ludziom takim jak ja, pozbawionym wzroku w późnym wieku? To jeszcze gorsze, niż ślepota od urodzenia. Już nie nauczę się pisać brajlem, a wciąż tęsknię za światem, którego nie widzę od 11. lat. Tej jesieni, o której pan mówi, wiosny. Jaki ja jestem? Pewnie mam siwą głowę. A moje siostry? Wciąż je pamiętam takimi, jak przed dziesięcioleciem. A jaki jest Franciszek? Nie wiem i już nigdy go nie zobaczę. Nie zobaczę telewizji, tej  wspomnianej psiej budy, ani jak zmieniły się moje rodzinne Klucze. Ani ryb w tym stawie, który kiedyś należał do mnie, ale go w potrzebie sprzedaliśmy. Nie wiem, co bym poradził. Może, że wszystko zależy od chęci do pracy i niezłomności charakteru. Może tylko jedno: bądźcie aktywni, nie poddawajcie się losowi.

Trzeba żyć w miarę możliwości czynnie… Ostatnio  kupiłem  elektryczną maszynkę do golenia w sklepie za  rogiem. Jak trzeba, wyruszam jeszcze dalej. Pomoc czasem bardziej szkodzi, niż pomaga. Sam sobie dam radę. Nie lubię ludzi, którzy się nade mną litują i chcą mi pomagać, choć wiem, że wynika to z ich życzliwości. Kiedyś ktoś o mało nie spowodował mojej śmierci pod samochodem, bo otworzył mi furtkę w ogrodzeniu, do której miałem dokładnie, co do kroku, wyliczoną odległość. Wszedłem na jezdnię. Jeśli chcecie pomóc, to najpierw zapytajcie, czy ta pomoc jest nam, niewidomym, potrzebna. I nie litujcie się, bo robicie z nas ludzi drugiej kategorii.