Przesławna historia Galerii BWA w Olkuszu odtworzona z subiektywnej pamięci Olgerda Dziechciarza cz. II


1Wstęp
„Biada podrzędnym istotom, co wejdą pomiędzy ostrza potężnych szermierzy” - pisał William Shakespeare w jednym z sonetów. Mistrz ze Stratfordu znakomicie oddaje tymi słowy sytuację, w jakiej znalazła się Galeria BWA w Olkuszu.

Dziękuję w imieniu własnym i całej ekipy z olkuskiej Galerii BWA tym wszystkim, którzy tak licznie do nas przychodzą - ze słowami wsparcia, tym, którzy podpisują się na listach protestacyjnych: elektronicznych i papierowych, tym, którzy dzwonią, ślą listy elektroniczne i papierowe z wyrazami ubolewania nad tym, co się chce z nami zrobić. Jesteśmy niezwykle podbudowani poparciem, jakie dostajemy z całej Polski i wielu innych krajów. To dla nas bardzo cenne, bo przeciwko sobie mamy ogromną maszynę urzędniczą, która wnikliwie i z precyzją miesiącami szukała i wciąż szuka u nas „dziury w całym”. Nie mamy pretensji do urzędników z magistratu; wiemy doskonale w jakich warunkach pracują i jaka presja na nich ciąży. Wiemy też, że po prostu dostali polecenie służbowe, czyli tzw. propozycję nie do odrzucenia, żeby coś na nas znaleźć, by można nas było bez problemu zlikwidować, choć nie ma żadnych podstaw, by to zrobić. Mamy też pewność co się z nami będzie dalej działo, jeśli likwidacja dojdzie do skutku. Po wszystkim powoła się galerię - wydmuszkę, bez pieniędzy z dotacji Marszałka i Powiatu, bez większości obrazów z kolekcji, bez możliwości działania z takim rozmachem, jak teraz. Kogo będzie trzeba, to się wyśle na emeryturę, następnie powoła się niekompetentnego kierownika, a resztę załogi pewnie „za karę” przesunie się do innych działań w ramach Miejskiego Ośrodka Kultury. A gdy szum ucichnie i tak nas się zwolni, albo sami uciekniemy, jak dziesiątki osób, które zwalniają się z pracy w podległym burmistrzowi urzędzie.

2

BWA 2002 rok wystawa malarstwa Adama Marczukiewicza

Wciąż jednak jest nadzieja, nadzieja na wycofanie się burmistrza Romana Piaśnika z tego pomysłu. Pozostają też Radni Rady Miejskiej. Panie i Panowie z większościowej koalicji przemyślcie jeszcze raz swoją decyzję, nie podejmujcie pochopnie decyzji, która spowoduje szkodę nie do naprawienia. Zwróćcie uwagę jak wielkie oburzenie wywołał w Polsce sam projekt uchwały o likwidacji Galerii BWA w Olkuszu. Zważcie na straty wizerunkowe dla Miasta, Burmistrza i samej Rady Miasta, gdy zostanie uchwalona, a galeria zlikwidowana. Tak, zlikwidowana, nie zreorganizowana, właśnie zlikwidowana. Już nawet nie wiemy, jaki będzie mieć budżet ten nowy twór, ani gdzie Galeria zostanie przeniesiona, bo najpierw mieliśmy trafić do Kwartału Królewskiego, potem burmistrz zapewniał, że zostaniemy na starym miejscu (mamy tu prawie 400 m2), a ostatnio na Komisji Kultury dyrektor MOK powiedziała, że zostaniemy umieszczeni w Pawilonie wystawowym tzw. Cegielni przy Centrum Kultury. Wszystko to zamki na piasku… We wtorek o godz. 13.00 organizujemy na olkuskim Rynku, pod Urzędem Miasta, pikietę pt. Ratujmy Galerię BWA w Olkuszu. Zapraszamy wszystkich, którym nie jest obojętny los olkuskiej kultury. Bądźcie z nami!

Mała stabilizacja
Właściwie już w drugim roku istnienia olkuska Galeria BWA sprawiała wrażenie instytucji okrzepłej: rytm był stały, co cztery tygodnie nowa wystawa, w tak zwanym między czasie spotkania autorskie, koncerty muzyki poważnej, jazzowej, rozrywkowej (np. muzyki francuskiej w wykonaniu kabaretu Loch Camelot, czy recital Oli Maurer z Piwnicy Pod Baranami) i występy uczniów olkuskiej Państwowej Szkoły Muzycznej II stopnia, warsztaty plastyczne… Jedynym naszym bogactwem był fortepian koncertowy i stare drewniane krzesła wyściełane jakimś burym materiałem użyczone przez Miejski Ośrodek Kultury. Kiedyś dostałem do podpisu dokument z MOK-u dotyczący fortepianu, młody wtedy byłem, głupi, podpisałem nie wnikając w treść. Okazało się, że złożyłem podpis na piśmie, w którym obarczano mnie osobistą odpowiedzialnością finansową za uszkodzenie wartego 20 tysięcy złotych fortepianu. Z matematyki jestem kiepski, ale intuicyjnie czułem, że przy moich zarobkach spłata odszkodowania zajmie mi kilkanaście lat. To jednak było nic przy porównaniu, jakiego dokonaliśmy kiedyś z Jurkiem Rosiem, gdyśmy z radia w BWA usłyszeli, że znany golfista i seksoholik, Tiger Woods, wygrał w turnieju na Florydzie kwotę, na którą obaj musielibyśmy pracować po kilkaset lat. A przecież poza nikłymi zyskami, były też i straty; po jednym z koncertów gwóźdź z krzesła rozerwał mi w pewnym dość szczególnym miejscu nowe dżinsy, musiałem je wyrzucić (dziś nie byłoby problemu, byłoby trendy).

3

BWA 2002 rok jeden z wernisaży

Jakimś tam pocieszeniem było dla mnie, że podobnie nieprzyjemna historia spotkała wkrótce jednego z olkuskich wiceburmistrzów. Ktoś jednak znalazł zaletę naszych niewygodnych krzeseł: „Przynajmniej ludzie wam się nie zasiedzą po koncercie”. Jednym z pierwszych zakupów było radio, bo przecież fajniej i lepiej się pracuje, gdy w tle leci muzyka, podobno nawet wydajność jest większa, czego dowodem krowy zwiększające mleczność pod wpływem koncertów Mozarta. Przez pewien czas mieliśmy w BWA także adapter; zdaje się Jurek go przyniósł na organizowane u nas spotkanie z ambasadorem Izraela w Polsce prof. Szewachem Weissem i wystawę fotografii Nelli Epstein. To był stary grat, jakieś skrzynkowe Bambino, na którym chcieliśmy puścić muzykę żydowską, Hava nagila, te klimaty. Proszę sobie wyobrazić konsternację agenta Mossadu, który to archaiczne pudło oglądał i kilka razy dopytywał się do czego służy, bo nie mógł uwierzyć, że to adapter. Pewnie przez chwilę myślał nawet, że to bomba. Z tego spotkania zapamiętałem jeszcze jedną konsternację - ówczesnego burmistrza Andrzeja Kallisty, gdy ten dowiedział się od ambasadora Weissa, że tenże jednak zdążył przed oficjalną częścią wizyty zaglądnąć na zaniedbany olkuski kirkut, po czym pozwolił sobie publicznie ubolewać nad stanem tej nekropoli, porównując ją z sąsiednim zadbanym cmentarzem parafialnym. Wtedy to dopiero była konsternacja i jeszcze na dokładkę wstyd! Dobrze, że obecnie stary kirkut jest w miarę uporządkowany i ogrodzony. A po tej dyplomatycznej wizycie pozostało nam kilka zdjęć i wpis Szewacha Weissa do „Księgi pamiątkowej” z uroczym błędem ortograficznym „Dziękuję za taki ciekawy, miły i kulturalny wieczur”.

Z tego początkowego okresu istnienia Galerii BWA pamiętne były również odwiedziny Zofii i Zbigniewa Romaszewskiego, twórców legendarnego w stanie wojennym „Radia Solidarność”; ta wizyta była dla wielu zupełnym zaskoczeniem, bo senator Romaszewski z małżonką przyjechali do Olkusza nie informując o tym wcześniej władz miejskich.

4

BWA 2002 rok publiczność na koncercie muzyki poważnej

Mieliśmy na stanie także starą szafę, jeszcze po Machnickich. Wielka, pakowna, ze skrzypiącymi drzwiami i do tego brzydka – pasowała do naszej biednej Galerii jak ulał, więc służyła nam wiele lat. Pozostałe meble, jakieś stare biurka, stół, przytachaliśmy z graciarni w starostwie i magistracie. Każdy mebel był z innej parafii, ale wszystkie miały cechy wspólne – były poobijane i paskudne. W miarę szybko na naszym stanie znalazł się komputer, który wnet został podłączony do Internetu. Porównywanie ówczesnej Sieci z dzisiejszą nie ma sensu, to jakby chcieć porównywać Olkusz z Nowym Jorkiem. Cóż to były za emocje, gdy sobie zakładaliśmy adresy e-mailowe na dziś już dawno martwej domenie tenbit.pl, jaka radość, gdy przyszły pierwsze wiadomości, gdy galeria zaczęła się pojawiać w wyszukiwarkach. Czuliśmy się trochę jak pionierzy awiacji, albo odkrywcy w kraju ludożerców, bo ówczesny Internet był przypominającą śmietnik oazą wolności, dziś tę jego wolność i niezależność znacząco ograniczono – za to śmietnik pozostał. Mieliśmy nawet jakiś program graficzny i do składu gazetowego, jakaś stara wersja PageMarkera, bez wątpienia piracka, na której składaliśmy pierwsze katalogi; jakże dumny byłem np. ze złożenia czterostronicowego katalożku do wystawy rzeźby Macieja Syrka. Artysta podarował nam niewielką statuetkę pajacyka w charakterystycznej czapeczce, my ją nazwaliśmy krasnoludkiem. Wspominam o tej niewielkiej, ale dość ciężkiej rzeźbie, bo kilka lat później miało miejsce wydarzenie, które mogło być przełomowym wydarzeniem w moim życiu, a główną rolę w nim odegrał właśnie tenże krasnoludek. Otóż stał on sobie ciut zapomniany na szafie z dokumentacją, a szafa na antresoli, wyciągałem z dolnej półki jakiś segregator, albo księgę pamiątkową, szarpnąłem, witryna się zakołysała, a mnie walnęło w głowę coś ciężkiego. Machinalnie podniosłem rękę i dotknąłem bolącego miejsca. Krew – byłem ranny. Zerknąłem na dół z antresoli – na płytkach leżał na wznak krasnoludek i wpatrywał się we mnie, odniosłem wrażenie, że się złośliwie uśmiechał. Miałem wielkie szczęście, że nie wbił mi się ostro zakończoną stożkową czapeczką w głowę, a tylko ją mocno zadrasnął. Gdyby leciał bardziej centralnie wtedy na bank miałbym w kieszeni doroczną Nagrodę Darwina, znaczy słynny laur dla tych, którzy zginęli najgłupszą śmiercią. No, kto by przebił człowieka, zabitego przez krasnoludka?!

Najważniejsze były jednak wystawy, bo w końcu po to powstaliśmy, by prezentować i popularyzować sztukę nowoczesna. Z tzw. mocnych wystaw w 2002 roku trzeba wymienić prezentację malarstwa Józefa Stolorza, plakatu prof. Michała Klisia (podówczas rektora ASP w Katowicach), wystawy malarstwa Krzysztofa Kulisia czy Barbary Skąpskiej (tematem przewodnim prezentacji tej krakowskiej malarki były obrazy z oknami). W recenzji dla „Gazety Krakowskiej” zatytułowanej jakby to był jakiś zaginiony poemat Thomasa S. Eliota „Krajobraz nieludzki Józefa Stolorza” napisałem: „Niebo na obrazach Józefa Stolorza często ma czerwony, groźny kolor i zdaje się być podobnym do nieba nad Mordorem, okrutną krainą Saurona, bohatera ucieleśniającego zło w książkach Tolkiena”. Byłem przekonany, że widzę w tym malarstwie wpływ głośnej wtedy ekranizacji „Władcy pierścienia”. Zapytałem o to autora, a Józef Stolorz mi na to, że filmu nie oglądał – moja teza więc z hukiem upadła.

5

6

BWA 2002 rok spotkanie z policjantami z KPP na temat bezpieczeństwa w mieście

Swoją drogą miałem wtedy dryg do tytułów: „Cielec podnóżkiem bóstwa” (relacja z wykładu o sztuce żydowskiej wygłoszonego w BWA przez dr Dariusza Rozmusa), „Polska oczami tęsknoty” (o wystawie fotografii Nili Epstien), „Krwawiąca rana Szewacha Weissa” itd. itp. Z początku przyjął się zwyczaj, że artyści po wernisażu w BWA szli z załogą i częścią publiczności gdzieś w miasto – na ogół do Baszty, którą dzierżawili Lidka i Maciej Włodarczykowie; fantastyczni ludzie, którym chciało się „robić w kulturze”, a przecież nie dało się na tym zarobić. Lidka z Maćkiem stworzyli z ówczesnej Baszty prężny ośrodek kulturalny, który Olkuszanie pamiętają do dziś; odbywały się tam koncerty, wystawy, spotkania z poetami. Z czasem ta działalność wymagała sformalizowania, co zaowocowało powołaniem Olkuskiego Stowarzyszenia Kulturalnego „Brama”. Ma się rozumieć, wespół z kolegą Rosiem też zaangażowaliśmy się w te działania. Artyści i literaci z BWA czuli się w „Baszcie” jak ryba w wodzie, czasem nawet chyba za dobrze. Mina im rzedła, szczególnie kobietom, tylko wtedy, gdy nieopatrznie pytały: „Ile lat ma ten zabytek?”. A ja z kamienną twarzą odpowiadałem: „Moja droga, on jest młodszy od ciebie”. Przyznaję, nie sięgałem wtedy szczytów elegancji, ale, wybaczcie, jako historyk, muszę się trzymać faktów. Faktem też jest, że działalność Agencji Koncertowej „Baszta” kogoś kłuła w oczy, Miejski Ośrodek Kultury poczuł się zagrożony, choć zaiste nie miał powodów do obaw, a jednak ówczesna dyrektorka postanowiła wykurzyć Włodarczyków z podnajmowanego im obiektu. I cel osiągnięto, Włodarczykowie zwinęli interes i wyjechali z Olkusza pod Szczyrzyc, gdzie zorganizowali Wioskę Indiańską, wkrótce padło i Stowarzyszenie „Brama”, a baszta stoi opustoszała. U nas tak łatwo się likwiduje...

Wielu, naprawdę wielu artystów korzystało wtedy z gościnności Anny i Stanisława Stachów, którzy zapraszali ich do siebie, na suto zastawione kolacje, połączone z noclegiem i śniadaniem. Przy okazji zapraszali i nas, załogę, czasem jeszcze parę osób, więc bywało, że wernisaż kończył się u Ani i Staszka przyjęciem na dwadzieścia osób. Nie mieliśmy wtedy pieniędzy na wynajmowanie artystom hotelu, cięliśmy więc koszty własnym kosztem. Piszę w liczbie mnogiej, bo o ile u Staszka bywali artyści, to ja gościłem i nocowałem poetów i pisarzy, no tak, raz przenocował u mnie malarz, Stanisław Mazuś, ale to prawem wyjątku. Z czasem, gdy w programie BWA pojawiły się plenery liczba uczestników kolacji, a nawet imprez plenerowych u Stachów jeszcze bardziej wzrosła. Tego już nie można było ogarnąć. O plenerach będzie jednak w innym odcinku, osobnym, bo to dla olkuskiej Galerii BWA impreza sztandarowa, acz specyficzna, znana nie tylko w Polsce, ceniona i zasługująca tym samym na szczególne potraktowanie.

7

BWA 2002 rok koncert muzyki poważnej

Oryginały i wariaci
Galeria sztuki ma w sobie coś magnetycznego, coś co przyciąga ludzi, w tym także tych, którzy nie do końca osadzeni są w rzeczywistości, lub tę rzeczywistość kwestionują. To, że bywają tu artyści, rzecz to naturalna, toż to ich biotop. Galeria ściąga jednak także ludzi lekko szalonych, jak na przykład Pan Pętelka, który zaglądał do nas z własnoręcznie wydzierganymi na drutach czy szydełkiem serwetkami; próbował nam je sprzedawać używając trybu rozkazującego i nie przyjmował do wiadomości odmowy. Ten typ bywalca, namolnego, krzyczącego, jest dość uciążliwy, ale bywają i tacy, którzy potrafią niemal oczarować; kreślą jakieś niebiańskie wizje lub mamią hurraoptymistycznymi zamierzeniami. Zdarzają się również bywalcy lekko konsternujący, którzy na przykład przychodzą tylko po to, by siedząc nieruchomo na krześle przez godzinę wpatrywać się uporczywie w jeden obraz, a nawet w jego jeden element. Gdy rozbudowywano Centrum Kultury dołączył nowy typ częstych odwiedzaczy: robotnicy, którzy podczas przerw w pracy lubili do nas zaglądnąć, by – jak się z czasem domyśliłem - zaznajomić się z najnowszymi trendami w malarstwie współczesnym. Na ogół ochoczo dzielili się z nami swoimi cennymi spostrzeżeniami i bywało wywiązywały się dyskusje o stylach i metodach malowania.

Charakterystyczna opinia technologa robót wykończeniowych (potocznie: malarz balkonowy) oglądającego obraz niefiguratywny zbliżony do abstrakcji: – Co to jest? Jo tyż tak umie! Nie przeczę, zdarzało im się także wpadać w zachwyt, choćby podczas wspominanej w poprzednim odcinku wystawy malarstwa erotycznego Janusza „Jutrzenki” Trzebiatowskiego. Częstym gościem w BWA był Wojciech Jagła, były policjant, ceniony przewodnik turystyczny o ogromnej wiedzy o zabytkach, człowiek z dużym poczuciem humoru, a przy tym wiedzący, co to jest poczucie dystansu – zwłaszcza do siebie. Nie zapomnę uwagi Wojtka, którą poczynił oglądając charakterystyczne pejzaże z samotnymi domami autorstwa prof. Stanisława Rodzińskiego: „W podstawówce namalowałem taki sam dom, a pani do mnie: Wojtusiu, a gdzie są drzwi i okna? A ja jej na to: - Po drugiej stronie domu, proszę pani”. Zdarzył mi się też kiedyś bywalec indywidualny, taki spoza wcześniej wymienionych kategorii, który przyszedł konkretnie nie do Galerii, tylko do mnie. Otóż pewnego pięknego, a może i nie, dnia zjawił się w drzwiach Dworku Machnickich młody mężczyzna, który wpatrywał się we mnie jakoś dziwnie. W końcu spytał, czy ja, to ja. Lekkomyślnie potwierdziłem. Wtedy mi opowiedział historię niezwykłą, jak to czytając kiedyś książkę „Mówi Chandler”, która wypożyczył w Bibliotece Akademickiej przy Uniwersytecie Śląskim w Katowicach, znalazł w niej kartę biblioteczną z moimi danymi osobowymi: imieniem, nazwiskiem i olkuskim adresem, oraz dopisane długopisem cytat z pism Woodrowa Wilsona: „Nie miałem czasu, żeby napisać to krócej”. Coś go ujęło w tym zdaniu, a poza tym zaintrygował go fakt, że byłem ostatnią osobą, która przed nim – 10 lat wcześniej - rzeczoną książkę przeczytała. Postanowił mnie odnaleźć i odwiedzić. Pojechał do Olkusza, taksiarz mu wyjaśnił, że ul. Manifestu Lipcowego już nie ma, bo teraz zwie się ona ul. Strzelców Olkuskich, podjechali tamże, tamże od moich byłych sąsiadów dowiedział się, gdzie ja pracuje (wtedy nie obowiązywało RODO, wic ludzie chlapali na lewo i prawo). Słysząc nazwę BWA, jak rzekł, pomyślał, że to jakaś francuska instytucja – bo wymawiał ją „Beeeewuuuułaaaa”. I tak do mnie trafił. Ale to jeszcze było nic, bo wtedy, z głupia frant wyznał mi, że jest …biseksualny. Gdy to powiedział, akurat pojawił się nie kto inny, jak Smile, opisywany już bywalec, który usiadł gdzieś z boku i udając, że czyta gazetę, słuchał uważnie słów nieznajomego. Ucieszyła mnie wizyta Smilego, bo jakoś raźniej się poczułem, tym bardziej, że duży niepokój budziła we mnie duża torba nieznajomego. Akurat głośno było wtedy o jakimś napadzie z siekierą w roli głównej. Naraz młodzieniec przerwał rozmowę i energicznie sięgnął do wnętrza torby… Oczami wyobraźni widziałem już siekierę, którą on wyciąga z przepastnej torby, zamacha się i z całych sił… Było niemal równie tragicznie – nieznajomy wyciągnął z niej gruby maszynopis: „To są moje opowiadania. Chciałbym, żeby ja pan przeczytał”. Musiałem potem dwie godziny czytać nudne, wydumane teksty o jakichś drzewach, które zawładały umysłami ludzi i jeszcze dyskutować o nich z owym gościem niespodziewanym w taki sposób, żeby go nie urazić (bo może miał coś jeszcze w swoim bagażu). Ostrzegam, grafomania może być tak samo niebezpieczna jak ostre narzędzia.

8

BWA 2002 rok wernisaż malarstwa Janusza Trzebiatowskiego

Pozwólcie dzieciom przychodzić do mnie – mówił Zbawiciel. Myśmy o nic takiego nie prosili, a też przychodziły. „Da mi pan złotówkę na loda?” – pytały. Czasami dawaliśmy. Gorzej, gdy zaczęli nas odwiedzać lekko chwiejący się na nogach dżentelmeni i też prosili o drobniaki, tyle, że oni już nie przeznaczali ich na lody. Bywali tacy, którzy prosili nas o bardziej spektakularne rzeczy. Rysiek Szczurowski parę razy pożyczał odkurzacz, by dobrze odpicować wnętrze swojego wymuskanego Garbusa, którym jeździł na zloty miłośników starych samochodów. Z kolei Pan Sobczyk wpadał na szybkie niezobowiązujące pogaduszki, na przykład o tym, kto rozkradł Polskę, albo jaki procent naszego rządu przejęły mniejszości narodowe, ale zdarzało mu się też coś pożyczyć - na przykład drabinę. Pan Bóg kazał dzielić się z potrzebującymi, więc mu drabinę pożyczyliśmy. Po chwili już wiedzieliśmy do czego mu była potrzebna – w środku okrąglaków stanowiących słup ogłoszeniowy na rogu ul. Kościuszki i Szpitalnej Pan Sobczyk zatknął na długim patyku polską flagę z doklejonym napisem Sierpień 80. Tyle, że flaga była odwrotnie, więc to raczej było Księstwa Monako, ewentualnie Indonezja, a nie Polska. Bardzo lubiliśmy (i dalej lubimy) odwiedziny starych Olkuszan, często ludzi zasłużonych, którzy chcieli się z nami podzielić swoimi historiami; z tego grona zaglądał do nas choćby Pan Boguś Stankiewicz, liczący grubo ponad 90 lat poeta i autor prac artystycznych z zakresu korzenioplastyki. Pan Boguś był znanym podróżnikiem, takim naszym powiatowym Tony’m Halikiem; korzystając z darmowych przejazdów całymi dniami jeździł autobusami olkuskiego MPK po pięknej Ziemi Olkuskiej. Z tego, co nam opowiadał podczas herbatek, zapamiętał jego wspomnienie z lat przedwojennych, z rodzinnego dworku na kresach wschodnich, gdzie jego rodziców odwiedzała rodzina Jaruzelskich, z małym …Wojtusiem. Jakoś nigdy nie potrafiłem sobie zwizualizować generała Jaruzelskiego jako dziecięcia.

Wreszcie lgnęły do nas …zwierzęta. Najchętniej myszy; jedna z nich zjadła kiedyś pół masła, które ktoś sobie zapomniał zabrać po pracy do domu. Raz udało nam się złapać do słoika… ryjówkę. To zwierzątko to jeden z najbardziej zajadłych drapieżników, ma tak szybką przemianę materii, że niemal cały czas musi jeść – dwie godziny bez posiłku i ryjówka umiera; wypuściliśmy ją do ogródka. Zalągł się nam też kiedyś nietoperz – chyba nocek, spał sobie słodko za obrazem; szczęściem sam wyleciał przez okno. Za to zawsze było u nas dużo pająków; mam podejrzenie, że one lubią i co więcej, znają się na sztuce. Powieś obraz na ścianie, zaraz się za nim ulokuje jakiś pajęczak. Im lepszy artysta, tym więcej pająków. Mała praca – mały pająk, wielkie dzieło – krzyżak tak tłusty, że strach podejść bez młotka. Może ta surowość warunków powodowała napływ fauny wszelakiej.

Fakt marzyliśmy o poprawie warunków bytowych. Kiedyś pojawiło się światełko w tunelu - kierownik Stanisław Stach dostał z centrali w Nowym Sączu polecenie wykonania kosztorysu ewentualnego remontu naszej siedziby - Dworku Machnickich. Oczywiście miał być zrobiony „na wczoraj” i „bezkosztowo”, to jest za darmo. Zamiast tracić czas na znalezienie naiwnego fachowca, budowlańca, lub inspektora budowlanego, który zgodzi się zrobić kosztorys za friko, sam go zrobiłem tzw. metodą „z sufitu”. Sufit wszak też mieliśmy w kiepskim stanie, więc mogłem zacząć wyliczenia biorąc dane właśnie z niego. Zajęło mi to może dwie godziny, wyfasowałem kosztorys na kilkadziesiąt tysięcy złotych. Podobno moje wyliczenia zrobiły korzystne wrażenie na dyrekcji w Nowym Sączu. Jednak środków nie dostaliśmy. Oni nas tam chyba nie za bardzo lubili, w tej Centrali; świetnie pamiętam jak nam nie dano podwyżek, ani premii, więc na koniec roku księgowy musiał oddać nadwyżkę finansową do urzędu marszałkowskiego – podobno sam za wzorowe trzymanie dyscypliny finansowej otrzymał stosowną nagrodę pieniężną. Ten księgowy wnet odszedł do innej pracy; to był bardzo dobry księgowy – zwłaszcza dla siebie. A w kilka lat później Dworek doczekał w końcu remontu – żywię nadzieje, że nie przeprowadzono go według mojego kosztorysu. Ale o tym już w następnych odcinkach cyklu o dziejach Galerii BWA w Olkuszu.

 


Komentowanie dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników. Zaloguj się lub załóż nowe konto.