Odcinek literacki w działalności BWA w Olkuszu z subiektywnej i wyrywkowej pamięci Olgerda Dziechciarza

1Jeśli komuś się wydaje, że z pisarzami, zwłaszcza z poetami, jest lekko, to ktoś taki myli się gruntownie. Poeci częstokroć normalnie, znaczy tak na co dzień, wyglądający na lekko zagubionych w rzeczywistości, w pewnych szczególnych „okolicznościach przyrody” potrafią się zgubić dokumentnie; zdarzyło mi się raz, że poetę zagubiłem w listopadowym Olkuszu, zagubiłem tak skutecznie, że wpadłem w panikę, bo nadszedł niespodziewany chłód, na który poeta był nieprzygotowany, bo odziany w lichy, podszyty wiatrem paltocik.

Nie znając adresu noclegu rzeczony poeta plątał się po opłotkach Olkusza, aż mu wreszcie na którejś ze stacji benzynowych wyjaśniono, że jest u nas tylko jedna …bursa, więc mimo faktu, że zapomniał adresu, łatwo do niej trafi. Nawet zdołał o własnych siłach dotrzeć do miejsca zakwaterowania, gdzie zdołał chyżo przeskoczyć ogrodzenie (furtka była zamknięta), aż utrudzony wielce spoczął na zasłużony odpoczynek przykrywając swoje poetyckie ciało jeno samym prześcieradłem, gdyż o porze, o której się pojawił, nie było już w bursie nikogo kompetentnego, kto by mu mógł wydać pościel. Myślicie, że się zraził? A gdzieżby! Następnego dnia zadzwonił do mnie z podziękowaniami za gościnę i pytanie, kiedy znów dostanie zaproszenie do Olkusza. Jak widać taka już jest magia naszego miasta i Galerii BWA, że tęsknią za nami nawet ci, którym tylko cudem udało się ujść z życiem z gościny w Srebrnym Grodzie.

2

Ratoń 2005 r., laureaci, na pierwszym planie Maciej Sawa - I miejsce

3

 Ratoń 2005 r. publiczność na finale konkursu Ratonia, w tym gronie ś.p. Anna Piątek i Lucjan Poczęsny

Od początku istnienia Galeria BWA prowadziła również działalność literacką, co – nie kryję – mnie, jako piszącemu, bardzo leżało na sercu. Przez tych 18 lat zorganizowaliśmy jakieś 200 spotkań autorskich z poetami i prozaikami, 14 Ogólnopolskich konkursów poetyckich im. Kazimierza Ratonia (aktualnie trwa nabór tekstów w edycji XV), wydaliśmy ze 30 książek poetyckich i dwa zbiory opowiadań. Czy to dużo? Nie mnie osądzać, ale myślę, że jak na instytucję, dla której tego typu działalność miała być marginalna, nie jest to mało. Kogo gościliśmy? Myślę, że wymienianie wszystkich mija się z celem, bo byłoby to robienie z artykułu książki telefonicznej, a kto lubi czytać takie książki? Jaka literaturę tworzą? Też powstrzymam się od literaturoznawczych rozważań, bo naczelny „Przeglądu Olkuskiego” chyba by nie zdzierżył, gdybym tu na kilkunastu stronach analizował poetyki, jakie reprezentowały osoby przez nas zapraszane – krótko więc tylko wspomnę, że chcąc zadowolić wielbicieli różnych gatunków i stylów literackich bywali u nas tak reprezentanci tradycyjnej literatury, jak i nowatorzy, co zresztą odnosi się również, czy przede wszystkim także do artystów wystawianych w BWA.

4

Raton 2006, laureat I nagrody Marcin Orliński, jurorzy Magdalena Rabizo-Birek i Jacek Podsiadło

5

Ratoń 2006. Jeden z laureatów, Bohdan Sławiński (jego powieść „Królowa Tiramisu” z 2009 r. była
w finałach Nagrody Literackiej Nike oraz Literackiej Nagrody Europy Środkowej Angelus

Dość napisać, że byli u nas pisarze i poeci znani i uznani (np. poetka Ewa Lipska, prozaik Andrzej Stasiuk, poeci Marcin Świetlicki, Miłosz Biedrzycki i Józef Baran, reportażysta Jacek Hugo-Bader), ale bardzo sobie cenimy również fakt, że częstokroć zapraszaliśmy literatów znakomitych, choć z różnych powodów niedocenianych, albo na tzw. dorobku, którzy wnet po bytności w naszych niskich progach, nagle zyskiwali na popularności, sięgając na przykład po ważne nagrody. Tak było chociażby z Eugeniuszem Tkaczyszynem-Dyckim, który wnet po tym, jak był w olkuskim BWA, otrzymał po Nagrodę Nike i dwa razy Nagrodę w Gdyni, z Jackiem Podsiadło (Nagroda Silesiusa, Nagroda Szymborskiej), z Romanem Honetem (Nagroda Szymborskiej), z Marcinem Baranem (Nagroda Silesiusa) itd. Jeśli chodzi o frekwencję na spotkaniach, co jest najistotniejsze dla rozliczających nas władz, to też nie narzekamy; raz tylko zdarzyło się, że nikt nie przyszedł na spotkanie z poetą, ale klęski nie było, bo poeta – już nieważne, kto zacz – na szczęście również nie dojechał. Bywało po kilka, kilkanaście osób, ale normą jest między dwadzieścia, a trzydzieści. Na znanych i uznanych zdarza się świetna frekwencja, bo i po 100 osób. Miłą i niespodziewaną - dla piszącego te słowa – była obecność grubo ponad 100 osób na spotkaniu z trójką olkuskich poetów – Łukaszem Jaroszem, Sławomirem Elsnerem i niżej podpisanym.

6

2005 r. Łukasz Jarosz i Sławek Elsner na zaduszkach poetyckich czytają wiersze Andrzeja Trzeciaka

7

2005 r. Piotr Macierzyński poeta z Łodzi w Galerii BWA

A jak to się zaczęło? Z początku heroiczne propagowanie literatury, zwłaszcza poezji, opierało się przede wszystkim na materiale ludzkim autochtonicznej proweniencji – po prostu mało wtedy znałem autorów spoza naszego regionu, niezbyt wszak się udzielałem w ruchu literackim. Tak więc w latach 2001-2004 zorganizowaliśmy w BWA spotkania z niemal wszystkimi osobami piszącymi z naszego powiatu, to jest znanymi nam osobiście, bo nie kryję, że mogliśmy kogoś pominąć, i zapewne sporo osób pominęliśmy, nie znając ich dorobku. Miały więc spotkania BWA m.in.: Anna Piątek, Irena Włodarczyk, Krystyna Dziurzyńska, Janina Kubańska, Bożena Szczygieł, Lucjan Poczęsny, Janusz Czerniak, Jarosław Nowosad, zresztą długo by wymieniać. Zaznaczę, że nie dysponowaliśmy środkami na tzw. tantiemy za spotkania, wszak jako galeria nie mieliśmy tego typu działalności wpisanej do statutu (z potrzeby chwili podciągaliśmy ją pod działalność oświatową), więc wszyscy ci poeci i pisarze gościli u nas za „Bóg zapłać”, czy raczej „Bóg zapłacz”, a całe nasze koszty, to była filiżanka nędznej kawy rozpuszczalnej lub torebka herbaty!

8

2005 r. Piotr Macierzyński w olkuskiej Baszcie

9

2006 r. Prozaik i poeta Roman Wysogląd (po lewej) w BWA Olkusz

Gdy już nasyciliśmy rynek wewnętrzny, przyszedł czas na autorów z zewnątrz, kilka osób znałem z Katowic, ze środowiska oazowego mojej małżonki, w ten sposób gościli w Olkuszu np. Szymon Babuchowski (świeżo po wydanym przez „Frondę” tomem: „Sprawy życia, sprawy śmierci”) i Marcin Jakimowicz (m.in. „Radykalni”, „Dziennik pisany mocą”). Gdy zasoby śląskich znajomych się wyczerpały, ktoś, nie pomnę już kto konkretnie, zarekomendował mi poetę Wojciecha Wencla z Gdańska. Przyznaję, nie znałem dorobku, ale że koszt nie był wielki, bo Wencel był w pobliżu i że tak powiem miał wolne moce przerobowe, a dodatkowo akurat był świeżo po zdobyciu laurów Fundacji Kocielskich, zaprosiłem go do BWA. Dziś Wojciech Wencel to jest nazwisko o piorunującym wręcz oddziaływaniu (wielu wręcz kocha, wielu wręcz nienawidzi), wtedy, w 2005 roku przyjechał sympatyczny autor, przeczytał kilka tradycyjnie rymowanych, całkiem fajnych wierszy, w rozmowie sprawiał wrażenie tolerancyjnego i spolegliwego człowieka; aż chciałoby się spytać: komu to przeszkadzało? I dodać drugie pytanie: Nie mógł takim pozostać?!

10

11

2007 r. Finał Konkursu im. Ratonia

12

2009 r. Finał konkursu: Arkadiusz Stosur laureat I m., Iza Kawczyńska I m. rok wcześniej, oraz przewodniczący jury Janusz Pasterski

Konkurs Ratonia
To jedna ze sztandarowych imprez, znana w całej Polsce, ceniona, szanowana, której właśnie trwa 15 edycja (fot.1 - Finał I Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego im. Kazimierza Ratonia, 2005 r. Jury: Tomasz Różycki, Maciej Melecki i Mariusz Grzebalski.). Właściwie dość wcześnie, bo gdzieś około 2004 roku Stanisław Stach, podówczas „tylko” kierownik Galerii (jego wtedy ulubionym żartem była zagadka: „Kto to jest kierownik? Jeszcze nie dyrektor, a już świnia”) nagabywał mnie, bym zorganizował jakiś konkurs literacki. No tak, łatwo powiedzieć, ale gorzej zrobić, bo przecież wiadomo było, że to huk dodatkowej roboty, a zdając sobie sprawę z lichej kondycji finansowej BWA nie mogłem liczyć na dodatkowe wynagrodzenie za nadprogramową pracę. Poza tym w jakimś marazmie wtedy było olkuskie środowisko literackie, niby liczne, ale takie jakieś zasiedziałe było, nieruchawe.

13

2009 r. Jurorzy konkursu, poeci: Miłosz Biedrzycki i Roman Honet

14

2009 r. Ratoń is dead, czyli monodram o K. Ratoniu, wyk. Ireneusz Wagner

Odwiedzała wówczas Galerię pewna młoda, ale nadzwyczaj namolna, a tym samym męcząca dziennikarka, której żadnym sposobem nie dawało się pozbyć. Jest taki typ ludzi, co to nie rozumie nawet jednoznacznych, ale jednak niewerbalnych komunikatów, chyba, że się ich zrzuci ze schodów, no ale myśmy wtedy funkcjonowali tylko na parterze… Jednak to dzięki tejże dziennikarce poznałem dwóch młodych olkuskich poetów: Sławka Elsnera i Łukasza Jarosza. Pierwszy był pracownikiem fizycznym, a drugi świeżo upieczonym absolwentem polonistyki na Uniwersytecie Śląskim – tak jakoś wyszło, że się zaprzyjaźniliśmy. Chłopaki mieli mnóstwo energii, więc, gdy im w gościnnym wnętrzu restauracji Gwarek, przy dużym jasnym wyjawiłem, iż planujemy przy Galerii zorganizować konkurs poetycki, zapalili się do tego pomysłu. Sami brali udział w wielu konkursach, zjeździli Polskę wzdłuż i wszerz, bo z reguły – jako laureaci I lub II miejsca – zapraszani byli na gale finałowe i wiedzieli, co zrobić, żeby nowy konkurs od razu zyskał prestiż, a nie stał się pośmiewiskiem. Sam też miałem w tej kwestii doświadczenie, ale moje było już wtedy lekko spleśniałe, bo sprzed wielu lat.

15

16

2010 r. Marek Sołtysik, olkuski pisarz, w BWA 

Pierwszą, najistotniejszą sprawą był wybór patrona, albo chwytliwej nazwy. Nazwa nie może być śmieszna, głupawa, bo literatura to poważna rzecz, więc jak nazwiesz konkurs „Ogólnopolski Konkurs Poetycki o Chochlę Bigosu”, albo „Ogólnopolski Konkurs Poetycki o Nagrodę Wójta Gminy Smrodniki Wielkie”, to z góry skazujesz się na drugorzędność. Podobnie z patronem, ten powinien być znany, ale nie za bardzo, bo jak zrobisz w Olkuszu konkurs im. Wiliama Szekspira to też będą z ciebie drzeć łacha. Zastanawialiśmy się nad kimś z poetów olkuskich, na przykład nad Lechem Piwowarem, absolwentem olkuskiego liceum, ale przecież już taki konkurs był, wprawdzie szkolny, którego pomysłodawcą był prof. Roman Nowosad, ale jednak istniał, więc w czyjeś buty nie wypadało wchodzić. Wtedy przypomniałem sobie o moim odkryciu literackim z czasów studenckich, gdy piastując funkcję ogrodnika i konserwatora zieleni dorabiałem na Osiedlu Akademickim Uniwersytetu Śląskiego w katowickiej Ligocie i razu pewnego kierownik osiedla nakazał mi wywieźć na śmietnik kilka roczników „Twórczości” i „Poezji”. Przyznaję po latach, nie wypełniłem polecenie, bo sobie te czasopisma przywłaszczyłem. Wieczorami zamiast zakuwać historię średniowieczną z podręcznika prof. Tadeusza Manteufla, czytałem poezję i prozę współczesną; wśród egzemplarzy „Poezji” był numer monograficzny poświęcony ś.p. poecie Kazimierzowi Ratoniowi. Postać to iście tragiczna, poeta wyklęty, przepraszam, „przeklęty”; pochodził z Sosnowca, syn prawnika, trafił jako młody człowiek do Warszawy, z początku wszystko mu się dobrze układało, pisał, drukował, nagradzano go, ale w okresie PRL-u, jak mawia zawierciański literat, znajomy Ratonia, Bogdan Dworak: „Warszawa była miastem zamkniętym”, więc niezwykle trudno było się w niej zameldować, a bez meldunku nie można było dostać pracy; z czasem Ratoń zaczął mieć kłopoty zdrowotne, wpadł w alkoholizm, mieszkał gdzieś na melinach, inni poeci się od niego odsunęli. Zmarł w jakiejś norze w końcu 1982 lub na początku następnego roku, w wieku 40 lat. Zostało po nim wiele zeszytów ze wstrząsającymi wierszami, w których pisał o odrzuceniu, o swoich chorobach, tak szczerze, jak chyba nikt inny w Polsce wcześniej nie tworzył; krótko przed śmiercią – czując, że to ostatni moment – Ratoń przekazał te bruliony Januszowi Brudnickiemu, redaktorowi „Poezji”, a tenże po śmierci poety przygotował numer miesięcznika, w którym pracował, w całości poświęcony zmarłemu kloszardowi. Te teksty bardzo mnie poruszyły.

17

2010 r. Olkuski poeta Sławomir Elsner od lat mieszkający w Irlandii

18

2010 r. Finał Ratonia, przy mikrofonie poetka Ewa Lipska 

Po ponad dekadzie, gdyśmy siedzieli ze Sławkiem i Łukaszem w Gwarku, okazało się, że oni wiedzą o Ratoniu, znają i bardzo cenią jego wiersze. Wybraliśmy patrona konkursu przez aklamację. Ciekawa sprawa, potem dowiedziałem się od Bogdana Dworaka, długoletniego bywalca warszawskich salonów literackich, że wcześniej w Sosnowcu była poczyniona próba zorganizowania konkursu im. Ratonia, ale na takiego „patrona degenerata” nie zgodzili się radni tego miasta. Kierownik Stach, ucieszony, że wreszcie będziemy mieć konkurs załatwił dofinansowanie i odbyła się pierwsza edycja Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego im. Kazimierza Ratonia. Zrobiliśmy ją z przytupem; do jury wzięliśmy trzech znanych, cenionych poetów: Macieja Meleckiego, Tomasza Różyckiego, Mariusza Grzebalskiego i krytyka Igora Stokfiszewskiego (związany z głośną podówczas Korporacją Ha!art, która objęła patronat nad tą edycją konkursu). Podczas wielkiego finału konkursu pierwsza nagrodę zgarnął ciekawy poeta Maciej Sawa z Przemyśla. Wszystko świetnie się udało może poza tym, że podpadłem byłemu już wtedy pracownikowi BWA Jurkowi Rosiowi, a bardziej jego żonie, Agnieszce, którzy mieli w dniu finału konkursu ślub, no i wesele. Zaprosili mnie na imprezę do Baszty, a ja spytałem, czy mogę być z kilkoma poetami; „A ilu ich będzie? – zapytał rezolutnie Jurek. „No, paru” – odpowiedziałem równie rezolutnie. Tych kilku w cudowny sposób rozmnożyło się do mniej więcej dwudziestki. Kto był na górnej sali Baszty, ten wie, że ma ona dość skromne rozmiary, a przecież w przyjęciu weselnym brali udział – obok małżeńskiej pary – także „niepoeci”: rodzina , znajomi… A myśmy wparowali tam, jakby nigdy nic, obok wcześniej wspomnianych poetów jurorów, a także Łukasza, Sławka, i mnie, obecni byli także m.in. Tadeusz Pióro, Krzysztof Siwczyk, Arkadiusz Kremza, a nawet wyśmienity angielski poeta Rod Mengham, którego przywieźli koledzy z Instytutu Mikołowskiego. No i wesele się zamieniło właściwie w wielki poetycki slam, którego uczestnicy, niestety, zupełnie zapomnieli, gdzie są, a co gorsza nie pamiętali również o młodej parze; Agnieszka dopiero po pół roku zaczęła się do mnie odzywać… Z drugiej strony, kto miał podobne weselisko? Może jeszcze lord Byron?!

19

2011 r. Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki i jego swoiste czytanie wierszy w BWA Olkusz

20

2011 r. Finał Ratonia; poeta Marek Krystian Emanuel Baczewski w środku i Aleksander Rozenfeld, pisarz,
poeta i dziennikarz żydowskiego pochodzenia, pierwszy, który poznał się na talencie Marcina Świetlickiego

Z kolejnych edycji, gdy do współpracy namówiliśmy Stowarzyszenie „Fraza” z Rzeszowa (wydawcę kwartalnika „Fraza”), zapamiętałem na przykład tę, w której jurorem był znakomity poeta Jacek Podsiadło. Jacek nie lubi, gdy się go fotografuje, zwłaszcza wtedy, gdy czyta wiersze. Potrafi być wówczas nieprzyjemny i zrugać takiego fotografa jak burą sukę. Rozumiem go, bo sam też nie lubię, gdy mnie fotografują, ale już się przyzwyczaiłem, przecież w dobie obecnej, gdy każdy ma komórkę, czy smartfona i robi nimi sekstyliardy zdjęć nie ma się co tym już przejmować, przecież nikt tego potem nie ogląda, nie ma na to czasu; Jacek jest jednak pryncypialny, więc na finale zjechał młodą reporterkę „Dziennika Polskiego”, Kasię Górską, że sobie nie życzy i żeby natychmiast przestała; wszystkim się przykro zrobiło. Kilka dni później Kasia przyniosła mi na dyskietce zdjęcia z finału, na niemal każdym był …Jacek Podsiadło. Popatrzyłem na nią, a ona na to: „A bo mnie zdenerwował, to specjalnie mu narobiłam zdjęć”. Kobiety potrafią być przekorne, oj potrafią.

21

Janusz Radwański I miejsce w konkursie Ratonia w 2012 r.

22

2012 r. Jurorzy: M. Rabizo-Birek, Julia Fiedorczuk i Krzysztof Siwczyk

Podczas trzeciej edycji mieliśmy fajne jury złożone z samych poetów z bliskich mi roczników 60: Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki, Marek Krystian Emanuel Baczewski, Piotr Śliwiński, którą to ekipą kierowała niezawodna Magdalena Rabizo-Birek, dziś już profesor Uniwersytetu Rzeszowskiego, redaktor naczelna kwartalnika „Fraza”. Ciekawa historia z ranka następnego dnia, po finale, gdy siedząc w rynku, w kawiarni „Sofa”, jurorzy z nieskrywaną fascynacją oglądali rozgrywające się na najważniejszym olkuskim placu uroczystości 11 listopada; przemarsze oddziałów wojskowych, weterani z wieńcami, delegacje na czele których z powagą godną chwili i miejsca kroczyli szefowie miasta, powiatu, a na tym tle dzielny – wtedy jeszcze kapitan – Marian Buczek, z błyszczącą w promieniach słońca szablą, wyprężony jak struna, dzielny niczym cała dywizja pancerna; aż dziwne, że nie powstał na ten temat żaden wiersz, a może powstał, tylko ja o tym nic nie wiem?

23

2012 r. Marcin Baran, poeta w BWA Olkusz

24

2012 r. Miłosz Biedrzycki i Marcin Baran w barze Kalafior

Z innej edycji pamiętam jurora, skądinąd cenionego poetę znad morza, który zadzwonił do mnie o drugiej w nocy z zapytaniem, dlaczego nie refundujemy mu kosztów podróży. Mocno zirytowany zauważyłem, że dodaliśmy mu do wynagrodzenia kwotę, która powinna mu zbilansować koszty jazdy pociągiem w obie strony. Nie mógł tego pojąć, więc jąłem mu tłumaczyć te księgowe zawiłości „jak krowie na rowie”, ale czułem, że jest odporny na moje argumenty. Głos mu się zresztą lekko plątał, więc miałem przypuszczenie graniczące z pewnością, że zadzwonił do mnie nie z wyższej konieczności, tylko w wyniku chwilowej utraty trzeźwości. W końcu nie wytrzymałem tego nadmorskiego marudzenia i powiedziałem, żeby nie narzekał, bo dostanie przecież nawet więcej niż Ewa Lipska, wybitna poetka Nowej Fali, autorka o bez porównania większym dorobku niż on. A on mi na to: „Ale ona mieszka w Krakowie, to może sobie dojechać do Olkusza za parę złotych busem!” No, proszę Państwa, wtedy się zdenerwowałem i mu wygarnąłem: „Wiesz co, możesz nie przyjeżdżać, a nawet więcej, ja cię proszę, żebyś nie przyjeżdżał”. I jeszcze coś tam mu dodałem, żeby mnie gdzieś tam łaskawie… No, nie będę cytował samego siebie, bo mogą nas czytać dzieci… Potem sam musiałem jakoś się uspokoić, a nie ma na to lepszego sposobu, niż walnąć lufę, co niechybnie uczyniłem. A jednak obrażony poeta przyjechał, nie mogę powiedzieć o nim złego słowa: zachowywał się nadzwyczaj przyzwoicie, a po wszystkim, późną porą, gdy już zaliczyliśmy wszystkie olkuskie przybytki, więc przyszedł czas nieuchronnego rozstania (a rozstawaliśmy się, wiadomo, jako najlepsi przyjaciele na świecie), przyznał: „Olgerd, przepraszam za moje zachowanie. Jestem dupkiem”. Ale wtedy już dupkiem nie był. A wspomniana Ewa Lipska, uwielbiana przeze mnie od czasów licealnych za tak wspaniałe wiersze jak „Egzamin” (Egzamin konkursowy na króla/ wypadł doskonale./ Zgłosiła się pewna ilość królów/ i jeden kandydat na króla./ Królem wybrano pewnego króla/ który miał zostać królem… - jako żywo wiersz ten kojarzy mi się z ostatnimi wyborami samorządowymi) okazała się cudowną, serdeczną kobietą; nie zapomnę nigdy, jak Ewa przyszła na zaplecze Galerii, żeby mi pomóc myć filiżanki – Ona, wielka poetka pośpieszyła mi z pomocą, a nie przyszło to do głowy komuś z kłębiącego się na sali licznego narybku literackiego.

25

Poeci na finale Ratonia w 2012 r. Od prawej Janusz Radwański, Natalia Zalesińska, Paweł Podlipniak

26

2012 r. Poeci z miasta Łodzi Robert Rutkowski i Rafał Gawin

Z roku 2009 mocno wryła się w moją pamięć scena śmierci Kazimierza Ratonia, którą odegrał Ireneusz Wagner, poeta i aktor, w przygotowanym specjalnie na finał naszej nagrody monodramie. Ireneusz odegrał scenkę, podczas której upiekł na patelni porcję wątróbki (o ile pamięć mnie nie myli, zjadł ją potem z apetytem Marek Krystian Emanuel Baczewski), następnie wyciągnął się na stole, jak długi, chciałoby się rzec – wyciągnął nogi i leżał bez ruchu, udając martwego Ratonia, ładnych parę minut. Wzbudził tym – przyznaję po latach – lekką konsternację oglądających, wszak nie wiedzieliśmy, ile czasu będzie odgrywał martwego poetę – wszak taką kreację można ciągnąć w nieskończoność.

27

2012 r. Zbiorcze zdjęcie uczestników i gości Finału, wśród tych np. Miłosz Biedrzycki i Radosław Kobierski

28

2013 r. Prozaik Marcin Olszewski w BWA Olkusz

Kalafior, El-Paso…
Osobna historia to wędrówki literatów, którzy odwiedzili Olkusz, po lokalnych zakładach gastronomicznych, na ogół serwujących piwo. Prozaik, autor głośnej „Śmierci czeskiego psa”, Janusz Rudnicki, tak się zachwycił Olkuszem, zwłaszcza pięknymi dziewczynami, których spotkał u nas wielką mnogość, że nawet napisał obszerny felieton o Srebrnym Grodzie do „Gazety Wyborczej”. Większość poetów dawała się namówić na tzw. pójście w miasto, które z reguły kończyło się odwiedzinami w Kalafiorze lub nieistniejącym już dziś barze El-Paso (przez stałych bywalców zwanym El-Domo). Ten drugi bar znajdował się obok zakładu weterynaryjnego, toteż przy wejściu w uliczkę, przy której działał, natykał się człowiek na tablicę z informacją „Przychodnia dla zwierząt” i strzałką, która prowadziła również do El-Paso. To była nieprzypadkowa zbieżność! Oj, działo się, bywaliśmy tam w towarzystwie tuzów polskiej poezji. Gdy El-Paso likwidowano, środowisko uczciło ten smutny czas w swoisty sposób, umieszczając nad wejściem do ukochanego przybytku wieniec z szarfą opatrzoną napisem „Ostatnie pożegnanie”. Kalafior, to wiadomo, kultowa knajpka przy ul. Górniczej, raczej dla bardziej kulturalnego klienta, niż El-Paso, ale znowu nie przesadzajmy w drugą stronę – nie nazbyt kulturalnego, o czym słów parę.

29

Finał Ratonia w 2014 r. Krzysztof Śliwka, Magdalena Rabizo-Birek i Jacek Podsiadło

30

2015 r. Finał Ratonia; widzowie i juror, poeta Marcin Sendecki

Jednym z pierwszych poetów, którego tam zaciągnąłem, bo piwo tanie, a naród przyjazny, był pewien znany poeta, zresztą później wielokrotny uczestnik spotkań i juror konkursu Ratonia, ale wtedy był pierwszy raz u nas; gdy dzień wcześniej po spotkaniu autorskim, biedak zaniemógł, jakoś zatachaliśmy go do bursy, gdzie siedząca na nocnej służbie dozorczyni od razu rozpoznała, kto zacz: A to poeta z BWA! Udało mi się nawet odnaleźć jego okulary w jednym z busów. Źle się czuł nazajutrz, więc zaciągnąłem go do Kalafiora, żeby podreperował chrome siły. On, poeta i Kalafior, znaczy goszczący w nim bywalcy, przypadli sobie do gustu. Zostawiłem go tam, bo spieszyłem się na mnie autobus, a on przecież poeta, dorosły człowiek, nie wymagał opieki 24 godziny na dobę. Spokojnie, zaopiekuję się nim – zapewnił bywalec baru o ksywie Koryto. No i się zaopiekował. Poeta wyrwał się z jego łap dopiero późnym wieczorem, wcześniej nie było takiej możliwość, bo gdy tylko zrywał się, żeby wyjść, słyszał: „Gdzie idziesz, poeta? Siedź i pij, bo jak nie, to ci…” Przyznajmy, argument za pozostaniem w Kalafiorze był nie do odrzucenia. Dopiero późnym wieczorem poeta jakoś zdołał się wymknąć spod troskliwej opieki.

31

2016 r. Marek Krystian Emanuel Baczewski z tomem Projekt Orfeusz w BWA Olkusz

32

2016 r. Poetka angielska Maria Jastrzębska

Boże, kogóż to nie było w Kalafiorze, człowiek mógłby wydać znakomitą antologię współczesnej polskiej poezji, gdyby zebrać po wierszu poetów, którzy po spotkaniu autorskim w BWA, lub po jurorowaniu w konkursie Ratonia, zajrzeli w te progi: Marcin Baran, Miłosz Biedrzycki, Roman Honet, Marek Krystian Emanuel Baczewski, Izabela Kawczyńska, Robert Rutkowski, Rafał Gawin, Tadeusz Dąbrowski… A nie, ten ostatni jednak nie, wszak nie wpuścili nas …do środka. Wyobrażacie to sobie? Poeci nie weszli do Kalafiora! Skandal. Kto jeszcze? Ostatnio chyba Maciej Melecki, „wespół w zespół” z zaprawionym już w bojach bywalcem tegoż baru Markiem Baczewskim odwiedzili gościnne wnętrze Kalafiora; choć przyznać trzeba, akurat tego dnia nazbyt gościnne nie było. Już na wstępie usłyszeliśmy, że to dzień szczególny, bo już trzy razy interweniowała agencja ochrony, coś pewnie z ciśnieniem było nie tak i ludzie ledwo trzymali nerwy na wodzy. W każdym razie ja podszedłem do baru po piwo, a koledzy poeci wpadli w oko Sebie, który – no cóż za przypadek – ponieważ na poezji za dobrze się nie zna, toteż twórców nie rozpoznał, a to znaczyło, że uznał ich za obcych. Co więcej, wygląd jednego z nich określił jako co najmniej dziwny („Człowieku, jak ty, k… wyglądasz?!”), a u nas wiadomo, za dziwność można dostać po facjacie. Jakoś załagodziłem fundamentalny spór o pryncypia. Dawno nie widziałem, żeby ktoś – jak Marek z Maćkiem – tak szybko wprowadził zawartość butelki piwa do organizmu; jakoś nadzwyczajnie spieszyli się, żeby wyjść na świeże powietrze. Nie zgadzam się jednak z Maćkiem, któremu lokal nie przypadł do gustu, że było niebezpiecznie; nie, po prostu trafiliśmy na zły moment, a na zły moment wszędzie można trafić, nawet w kościele czy w przedszkolu, a co dopiero w barze piwnym.

35

2016 r. Roman Honet i Jacek Podsiadło w BWA Olkusz

34

2016 r. Roman Honet i Jacek Podsiadło- jak widać - bawili olkuską publiczność

Kto jeszcze był w Kalafiorze? A zresztą, długo by wymieniać, a szkoda miejsca. Dodam więc tylko, że rzeczoną książkę można by zilustrować reprodukcjami obrazów artystów wystawiających w BWA, którzy też wpadali do Kalafiora, by kapkę odsapnąć od rzeczywistości artystycznej. Inne lokale również bywały odwiedzane przez literatów, nie żebyśmy wyłącznie w tych dwóch gościli; zdarzało się więc siedzieć w Baszcie (np. Piotrowi Macierzyńskiemu), Sofie (choćby wspomniana już wizyta z Eugeniuszem Tkaczyszynem-Dyckim), pizzerii Fan (z Andrzejem Stasiukiem), czy Barze Kinga - u Jarosława (dość często z Mirosławem G. Majewskim), ale jednak Kalafior w tej rywalizacji wygrywa o kilka długości. \

33

2016 r. Raton XII finał konkursu

Zapisani w dziejach polskiej literatury
Warto wspomnieć, że efektem bytności poetów i prozaików w Olkuszu nie są tylko bardziej lub mniej śmieszne anegdoty, ale także zdarza się, że pozostaje po nich coś więcej. Swego czasu zorganizowaliśmy w BWA koncert zespołu Świetliki, który nie wiedzieć czemu, ale ku naszej ogromnej radości, wyjątkowo zgodził się u nas wystąpić za przysłowiową „czapkę śliwek”. Korzystając z obecności frontmena tej kapeli, znakomitego poety Marcina Świetlickiego, zaprosiliśmy mu do towarzystwa innego świetnego krakowskiego liryka, Wojciecha Bonowicza, i tak obaj poeci mieli u nas wspólne spotkanie autorskie. Poeci we dwójkę czuli się raźniej, czytali więc wiersze, żartobliwie je komentowali i rozmawiali z zaciekawioną publicznością, aż dyskusja w którymś momencie zahaczyła o poezję religijną; w pewnej chwili prof. Franciszek Lisowski, częsty uczestnik wieczorów literackich w Galerii BWA, zapytał Bonowicza: „Kogo na przykład uważa pan za poetę religijnego?” A Wojtek, wydawało mi się wtedy, niewiele się namyślając, strzelił: Marcina Świetlickiego. Chyba najbardziej zdumiony był właśnie Świetlicki. I pewnie zapomniałbym o tym „żarcie”, gdyby rok później nie ukazał się tom wierszy …religijnych Marcina Świetlickiego, których wyboru dokonał nie kto inny, jak Wojciech Bonowicz („Nieoczywiste”, Wydawnictwo EMG, Kraków 2007), ze wstępem, w którym opisano, jak to pomysł na książkę urodził się na spotkaniu autorskim w Galerii w Olkuszu.

36

Ratoń, jury w 2017 r.

37

2017 r. Ratoń, zbiorcze zdjęcie, wśród sfotografowanych jurorów Adam Wiedemann

O tym, że Olkusz pojawia się w literaturze polskiej wiadomo choćby tym, którzy czytają Kraszewskiego czy Sienkiewicza; najwięcej o tym wszelako wie Marek Sołtysik, najznamienitszy pisarz rodem z Olkusza, autor kilkudziesięciu powieści, tomów wierszy, zbiorów opowiadań, biografii i pitawali. Szczególnie istotna była pierwsza jego wizyta u nas, w marcu 2010 roku, bo wydał wówczas „Czułość i podniecenie” (2009), powieść z kluczem, w której biografia autora mieszała się z fantazjami. Przy tym sprawiała ona wrażenie pisanej w jakimś specjalnym celu – nie tylko po to, by utrwalić świat, który już odszedł, ale także żeby się z tym światem powadzić. Takie książki pisze się bebechami i ta tak właśnie była. Sołtysik ostro i bezkompromisowo opisał w niej tak Kraków, jak i przedstawicieli podwawelskiego światka artystycznego. Czuło się, że krakowscy malarze, pisarze czy dziennikarze wzbudzają w autorze nieskrywane negatywne emocje. To poczucie krzywdy zdawało się było uzasadnione. Za to olkuskie reminiscencje były podane z czułością. Olkusz w pamięci autora, syna szefa miejscowego PSS-u, zapisał się niemal samymi miłymi wspomnieniami. Właściwie małego Adama nie spotykały w Olkuszu żadne nieprzyjemne rzeczy. Tropiciele olkuskich elementów, których w tej książce było co niemiara, znajdowali w niej tylko lekko zawoalowane pod zmienionymi imionami i nazwiskami rzeczywiste olkuskie postaci (np. dr Bakowski to felczer Baczkowski, Szczepan Mar to olkuski literat, tajny współpracownik SB, Bogusław Wit-Wyrostkiewicz, ostatni sekretarz pisarza katolickiego, członka Rady Państwa, Jerzego Zawieyskiego, nauczycielka Łechnicka to p. Machnicka, itd.). Czasem nie uciekał się do tego typu zabiegów i o malarce Marii Płonowskiej wspominał używając jej prawdziwych danych osobowych. Przy opisach miejsc pisarz już niczego nie skrywał: pisał o wieży ciśnień na Rynku, o kościele, o kirkucie, o poszczególnych ulicach, domach... Sołtysik pamiętał dużo, więc jeśli ktoś mieszkał w Olkuszu w tzw. okresie Gomułkowskiej małej stabilizacji, odnalazł w tej książce tamten czas. Fenomenalne były zwłaszcza te smaczki, historie wręcz niestworzone, które jednak miały miejsce; a także być może i plotki (jak choćby o profesorze gimnazjalnym, któremu uczniowie podesłali młodą dziewczynę zajmującą się ciężkim fachem, niesłusznie zwanym lekkimi obyczajami, a ten ją …pojął za żonę). Marek Sołtysik przypominał też o wydarzeniach związanych z Olkuszem, o których znaleźć można wzmianki w literaturze, jak choćby o bytności u miejscowego fryzjera głównego bohatera „Siekierezady” Edwarda Stachury („Włoski się panu prz-prz-prz-przerzedziły”). Niesamowicie ciekawe było to spotkanie, jedno z najciekawszych.

38

2017 r. Znany prozaik Zbigniew Masternak w BWA

39

Finał Ratonia w 2018 r.

Od śmierci do nieśmiertelności
Działalność na niwie literackiej wiąże się z wieloma zagrożeniami, z których można sobie nie zdawać sprawy. Można na przykład kogoś …uśmiercić. Nie wierzysz, Drogi Czytelniku, to czytaj moją spowiedź zamieszczoną w „Gazecie Krakowskiej, z 1 września 2006 roku: „Muszę się przyznać do czynu straszliwego, niegodnego. Czynu dyskredytującego mnie w oczach wszystkich Szanownych Czytelników. Proszę Państwa, muszę się przyznać i to publicznie do współudziału w zabójstwie. Tak, nie mylą Państwa oczy, jestem współodpowiedzialny morderstwa. Parę dni temu wraz z koleżanką z redakcji Alą Renkiewicz uśmierciliśmy młodego, dobrze zapowiadającego się poetę Jarka Spułę. Przyznaję się do winy już teraz, nie ociągając się z tą ekspiacja jak Gunter Grass lat sześćdziesiąt, bo moja wina i tak wyszła na jaw. A stało się to dokładnie we wtorek, w dniu w którym ukazała się „Gazeta Krakowska” z artykułem Ali o książkach przygotowywanych do wydania przez Galerię Literacką przy BWA Olkusz. W rzeczonym artykule, który Ala pisała na podstawie mych wynurzeń, znalazł się passus, że planujemy wydanie tomików młodemu, niestety nieżyjącemu poecie, Jarkowi Spule z Bukowna. Proszę Państwa, nie jest dla mnie okolicznością łagodzącą fakt, że Jarek żyje, ma się świetnie, mieszka sobie w Warszawie i pewnie nawet nie wie, że go z Alą uśmierciliśmy. Jest dla mnie okolicznością obciążającą, że notki Ali przed opublikowaniem nie przeczytałem, że tak dla świętego spokoju przed drukiem nie rzuciłem na tekst okiem. Zawierzyłem, że mnie Ala dobrze zrozumie i nieżyjącym będzie poeta Andrzej Trzeciak-Klimaszewski, którego ten sam tekst niejako wskrzesił, bo przy jego nazwisku nie ma adnotacji, iż jest autorem nieżyjącym (…) Można więc mnie uznać nie tylko za wspólnika zabójstwa, ale także za wspólnika poczęcia dojrzałego już twórcy… Nie wiem, jak mam się wytłumaczyć Państwu, zwłaszcza rodzinom obu autorów… Myślę, że nie mam nic na swoją obronę.

40

Ratoń 2018, jurorzy: Magdalena Lebda i Maciej Melecki

Sądzę, że Andrzej Trzeciak-Klimaszewski pretensji do mnie mieć nie będzie, bo choć znam go wyłącznie z opowieści, to tuszę, że jako osobowość artystycznie szalona, byłby niezwykle ukontentowanym z takiego obrotu spraw. Przypuszczam, że także Jarek Spuła, jak już się dowie, oszczędzi mi nieprzyjemności i ognisko skandalu zostanie zagaszone kuflem piwa, które mam zamiar mu postawić. Z jednej bowiem strony go uśmierciłem, jednak kiedy spojrzałem na to wydarzenie z innej perspektywy, w moim sercu zalęgło się coś na kształt zazdrości wobec „nieżyjącego” Jarka, bo teraz, otwierając własne spotkanie z czytelnikami, może je zacząć atrakcyjnym zdaniem: „Witam na spotkaniu z poetą, który nie żyje od 22 sierpnia 2006 roku, co mogę udowodnić pokazując wycinek prasowy z „Gazety Krakowskiej”.” Od dawna też wiadomo, że osoby uśmiercone publicznie, acz pochopnie, bo wciąż żywe, osiągają niekiedy wręcz wiek matuzalemowy, czego Jarkowi serdecznie życzę.
Może też Jarek zaczynać swoje spotkania autorskie cytatem z Marka Twaina, słynnym: „Informacje o mojej śmierci okazały się mocno przesadzone”. Cóż, błędy rzecz ludzka, zdarzają się wszystkim; niedawno w innej gazecie przeczytałem artykuł o staruszce, która osiągnęła piękny wiek i w tymże tekście natknąłem się na zdumiewające zdanie: „Mimo sowich lat pani (…) pozostaje wciąż żywą kobietą”. 

41

2018 r. Trójca poetycka wydawnictwa Raymond Q - Rafał Gawin, Maciej Robert i Darek Foks

Zamiast posłowia
Tak więc Galeria BWA, to nie tylko sztuki plastyczne, obrazy, rzeźby, wernisaże i plenery, ale także szeroka działalność na niwie literackiej. Wśród wydanych przez nas książek, znalazł się tom wierszy „Na pstryk i zew” Krystyny Myszkiewicz (wciąż aktywna poetka, ale obecnie tworząca pod panieńskim nazwiskiem Krystyna Wiatrowska), który był nominowany do Nagrody Mediów Publicznych „Cogito”. Z kolei książka Bartosza Konstrata „Dzika kość. Encyklopedia utraconych szans” (Olkusz 2013), zwycięzcy Konkursu Ratonia w 2012 r., weszła do ścisłego finału Nagrody Poetyckiej Silesius we Wrocławiu. Wydany w 2011 r. tom „Samosiejki” Teresy Radziewicz był nominowany do Nagrody Literackiej Prezydenta Miasta Białegostoku im. W. Kazaneckiego. A opublikowane dwa lata temu „Miejsca” Wojciecha Banaszaka, również laureata Konkursu im. Ratonia, zdobyły Lubuski Wawrzyn Literacki za 2017 rok. Wśród wydanych przez nas autorów są np. amerykański żołnierz i ceniony poeta Brian Turner („Tutaj, kulo”, 2015), legenda krakowskiej bohemy lat 80. Roman Wysogląd („Na granicy do niczego”, 2008), Paweł Podlipniak („Madafakafares”, „Herzlich endlosen”) i nasz, miejscowego chowu laureat I edycji prestiżowej Nagrody im. Szymborskiej, dwa razy nominowany do Nagrody NIKE – Łukasz Jarosz (II wydania tomu „Spoza”).

42

2019 r. Jakub Kornhauser laureat Nagrody im Szymborskiejw BWA Olkusz

Nasze książki były recenzowane w najlepszych gazetach literackich, przez czołowych polskich krytyków. Tylko czy kogoś to wzrusza, zwłaszcza tych, którym się wydaje, że co to takiego, to BWA, wrzuci się pod Dom Kultury i też będzie działać, jak do tej pory, albo i lepiej. O tym, że to myślenie z gruntu błędne, bo to jednak tak nie działa, można przeczytać w najnowszej „Odrze” miesięczniku wydawanym od kilkudziesięciu lat, finansowanym przez Instytut Książki, w którym Radosław Wiśniewski pisze o pomyśle likwidacji olkuskiej Galerii BWA w felietonie „Notatki z undegruntu albo qultura przez duże Q”. W tym tekście znajdujemy m.in. taki passus: „Jestem z powiatowego miasta, takiego jak Olkusz. Wiem, że zlikwidować w takim miejscu jest łatwo. Odtworzenie tego, co się zlikwidowało, czy chodzi o festiwal teatralny, klub literacki czy galerię właśnie, praktycznie się nie zdarza. Z atrakcji Olkusza znam tylko Galerię BWA. Nie wiem nawet, gdzie jest miejski ośrodek kultury. Bo jeżeli coś prestiżowego miał Olkusz w kulturze do pokazania, to na pewno była to Galeria BWA. Ja wiem. Za roczne utrzymanie Galerii burmistrz Olkusza będzie mógł zrobić elektoratowi ze trzy pikniki disco polo. A malarze, literaci, muzycy jeżdżący do Olkusza z całej Polski (w tym niżej podpisany) to żaden argument. To nie jego wyborcy. To tylko prestiż miasta. A prestiż to nie jest gar, reelekcja, a tym samym – pełen portfel. Szczególnie od czasu kiedy wstyd przestał pełnić funkcję kontrolną życia publicznego w Polsce. Ale gdybym mógł, to bym zacytował klasyka i powiedziałbym: radne i radni olkuscy, zarządzie miasta, burmistrzu, burmistrzowo, nie idźcie tą drogą! Bo to jednak wstyd. Po prostu.” (Cytat. „Odra”, nr 7/8 (681) z 2019 r.). 


Komentowanie dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników. Zaloguj się lub załóż nowe konto.