Malarz Jacek Taszycki

1Niedawno ogłoszono, że przyjmowane są zgłoszenia kandydatów do Olkuskiej Nagrody Artystycznej za 2019 rok – to już XVIII jej edycja. Dziś słów kilka o jednym z pierwszych laureatów, zmarłym przed 15 laty Jacku Taszyckim, malarzu, rysowniku i cudownym człowieku, nagrodzonym Olkuską Nagrodą Artystyczną za rok 2002 (Fot. Jacek Taszycki, z arch. rodzinnego, udostępnione przez Bożenę Taszycką).

Malarz ma ten komfort, że do pracy, czyli tworzenia nie potrzebuje ludzi. Może zamknąć się w pracowni, jak np. Jerzy Panek, i tworzyć co chce, nie licząc się z krytyką, z tzw. opinią publiczną, modami etc. Artysta może też tworzyć z wyrachowaniem, według wzorca, który akurat jest modny i gwarantuje dobrą sprzedawalność. Artysta ewentualnie może także pójść w stronę, która spowoduje szok i skandal, choć - co należy skonstatować z ubolewaniem - dziś ciężko już czymkolwiek kogokolwiek zaszokować. Ale może też być człowiekiem towarzyskim, do którego ludzie lgną, malującym obrazy tchnące pozytywną energią – takim właśnie człowiekiem i artystą był Jacek Taszycki.

2

 Jacek Taszycki, Duszek Pana Deszczu, tempera, akryl, 1989 r. 

„Ryba bez wina może być trująca” - mawiają Francuzi, Polak zna łagodniejszą wersję tego porzekadła: „rybka lubi pływać”. Nie bez racji tak się twierdzi, ale nie można sprowadzać ryby li tylko do słoika śledzi, który sprawdza się wyłącznie jako fantastyczna zagrycha do pół litra czystej. Od czasu, gdy poznałem Jacka Taszyckiego, ryby kojarzą mi się z jego bajecznie kolorowymi obrazami; wśród cykli, jakie tworzył, obok m.in. „Triumfatorów”, najbardziej lubię właśnie cykl „Ryby”. Jacek opowiadał kiedyś, że zdarzało mu się śnić o jakiejś rybie – namalował ją, a potem się okazało, że gdzieś w egzotycznych morzach pływa podobny gatunek...

Jacek Taszycki urodził się w 1951 r. w … Świdnicy Śląskiej. Skąd ta Świdnica? Oddajmy głos Bożenie Taszyckiej, wdowie po malarzu: „Wiążę się to z historią rodziny. Po wojnie, jego ojciec z matką, mieszkali w Kielcach. I najprawdopodobniej nie chcieli wracać do Olkusza. Mieli tu ciężkie warunki mieszkaniowe. To był mały domek na Skalskiej. Właściwie małe gospodarstwo rolne i kawałek sadu. Trzeba dodać, że babka Jacka, matka jego ojca, była już wtedy wdową z piątką dzieci. Dziadek Jacka zmarł w wieku 41 lat i babka musiała sama wychowywać dzieci. Rodzice Jacka poznali się w czasie wojny, w Kielcach. Matka Jacka była już wtedy wdową, jej pierwszy mąż zginął w Ostaszkowie. W Kielcach chyba też nie mieli dobrych warunków i stąd pomysł, żeby wyjechać na tzw. ziemie odzyskane. Tak się znaleźli w Świdnicy, gdzie już wcześniej wyjechała siostra mamy Jacka. Ojciec Jacka pracował tam w przeróżnych, dziwnych miejscach. Był zaopatrzeniowcem, a nawet przez chwilę dyrektorem jakiejś szkoły. Takie wtedy kariery robiono. W Świdnicy Jacek się urodził, w 1951 roku, i już rok później stamtąd wyjechali.”

3

Jacek Taszycki przed rodzinną kamienicą w Olkuszu

Taszyccy wrócili do Olkusza, do tego ciasnego domku, który zresztą wkrótce …stracili: „Jak zaczęto budować osiedle Skalskie, to dostali nakaz eksmisji do mieszkania, które im przydzielono w jednym z budowanych wówczas bloków, ale nie na Skalskiej, tylko przy ul. 1 Maja. To był chyba 1960 rok. Wtedy babcia Jacka jeszcze żyła. Śmieszna sprawa, ale okazało się, że jeden z bloków, które powstały na działce należącej do rodziny Jacka, nie ma aktu własności czyli to uwłaszczenie do końca nie zostało przeprowadzone. Tak wiec mamy jeszcze swój kawałek bloku na Skalskiej (śmiech). A w 1972 roku ojciec Jacka kupił tę kamienicę przy ul. 1 Maja, dziś Króla Kazimierza Wielkiego.” – opowiada Bożena Taszycka.

4

Jacek Taszycki, Rybka mechaniczna 50 x 61 2001 rok

W Olkuszu Jacek uczęszczał do Szkołę Podstawową nr 1, bo była najbliżej, ale gdy wybudowano „Czwórkę” szybko się do niej przeniósł. Później było Liceum Ogólnokształcące im. Króla Kazimierza Wielkiego, jedyne wtedy w Olkuszu. Jedną z klas powtarzał… Maturę jednak zrobił w …„Budowlance” na Pakusce. „Jacek był wesołym fajnym facetem. I takiego go pamiętam. Zdawaliśmy razem maturę i mieliśmy układ: ja pisałam dwie prace maturalne z polskiego, a on załatwiał matmę i się udało. Potem poszliśmy na piwo. A Jacek już wtedy pięknie malował.” – opowiadała po latach Maria Pilch.
„Jako młody chłopak rozładowywał wagony, w ten sposób dorabiał. Był stałym nocnym bywalcem w szpitalu, tam jest najwięcej jego obrazów. Wiedział że w nocy jest czynne, więc pojawiał się z jednym czy dwoma obrazami żeby sprzedać. Za niektóre lekarze dawali niezłe pieniądze, najlepiej sprzedawały się konie. Przy wódce zawsze było wesoło ,wyciągał z szafy dwa wieszaki i grał na nich jak wirtuoz. Ciekawy człowiek, (…). Kiedy brakowało mu kasy dorabiał w Wyspiańskim przy budowie dekoracji, coś domalował, zrobił; jakoś mu tam płacili.” – opowiadał po latach Zbyszek Barański, ratownik medyczny.

5

Jacek i Bożena nad morzem. Fot. z arch. rodzinnego

Na wymarzone studia malarskie w ASP w Krakowie dostał się w 1978 roku. W krakowskim środowisku malarskim został legendą, a o jego życiu do dziś krążą niestworzone historie.
„Hipis to nie wybór, to była życiowa konsekwencja. On nie stawał się hipisem, on nim po prostu był. Taka miał osobowość. A że wtedy akurat ten ruch powstał, to się do niego włączył. To środowisko hipisowskie w Olkuszu było głównie o podłożu towarzyskim. Myślę, że Jacek chciał jednak czegoś więcej. I stąd jego myślenie o zostaniu malarzem, jako jedynym możliwym wyborze drogi zawodowej. To zresztą czas jego pierwszych wystaw. Właśnie w Olkuszu pierwszy raz zdecydował się - odważył - pokazać swoje prace. (…) Jacek miał w „Piaście” (krakowski akademik – dop. OD) pracownię. Mieszkał wtedy w kanciapie, którą załatwili sobie bodaj rok wcześniej, ze swoim najlepszym kumplem, Staszkiem Tabiszem. Ta kanciapa zwana była „Plakaciarnią”. Oni znaleźli się tam, bo mieli zrobić jakiś witraż, ale dzięki porozumieniu z kierownikiem akademika tak się zagnieździli w tej „Plakaciarni”, że zostali tam na stałe. Wtedy w akademiku, na pierwszym roku, mieszkało się w pokojach po pięć, sześć osób. Tak więc dla nich to było wygodne miejsce. I tam żeśmy się poznali, na jednym ze spotkań towarzyskich. (…) Sporo wydarzeń przeszło do historii. W „Plakaciarni” imprezy odbywały się dość często. Gdy ja go poznałam, to Jacek już sobie wyleczył wrzody żołądka, na które leczył się podczas I roku. Wtedy pił tylko mleko. Podobno. Później to już niekoniecznie to było mleko; przecież, jak tłumaczył, miał badania zrobione, że już wrzody ma wyleczone i może. Nasze życie było wtedy niesamowite, szalone! Wtedy mi się wydawało, że to jest facet, który w życiu nie może zostać alkoholikiem – bo on po prostu potrafi pić. Pamiętam takie wypady z ekipą, z imprezy na imprezę, z trzeciej, na czwartą, on wszystkich kładł spać, a potem szliśmy do domu, albo na… kolejną imprezę, piątą, albo i szóstą. To był jego żywioł. Był niezwykle towarzyski. Był osoba otwartą, potrzebującą kontaktu z innymi ludźmi. – wspominała mi w rozmowie przed prawie dekadą Bożena Taszycka.

6

Jacek Taszycki, Matador, 110x125 cm

Wspomniany Stanisław Tabisz, malarz, był najbliższym przyjacielem Taszyckiego; razem studiowali malarstwo na ASP (dziś S. Tabisz jest rektorem swojej uczelni), razem bawili się, ucztowali. A potem, jak to w życiu, wiele spraw człowieka zajmuje i ani się obejrzy, a dwadzieścia, trzydzieści lat przeciekło między palcami. Nikt nie zna tylu anegdot z życia zmarłego artysty, co Stanisław Tabisz, nikt ich nie potrafi, tak jak on opowiadać: Stanisław opowiadał kiedyś, jak szli Piotrem Skrzyneckim (słynnym konferansjerem Piwnicy pod Baranami), przez Rynek w Krakowie i zatrzymała ich wycieczka szkolna: „Przepraszamy, czy możemy sobie zrobić zdjęcie z panem, Panie Piotrze?. Ależ oczywiście! – odpowiada Piotr Skrzynecki. – Możecie sobie zrobić zdjęcie ze mną, a na dodatek z Panem Krzysztofem Pendereckim. Jacek ustawia się obok Piotra i zadowolona czereda dzieci pozuje do zdjęcia razem z dwoma wybitnymi kompozytorami. Jacek „robi” za kompozytora Pendereckiego”.
Malarz Michał Baca wspominał: „Gdy poznałem go na pierwszym roku studiów, został ochrzczony „dziadkiem Jackiem” – z racji życiowego stażu i doświadczenia – i do końca życia niewiele się zmienił. Twarz osłonięta sumiastymi wąsami, bujną brodą i okularami w grubej, brązowej oprawie, nieco rozczochrane włosy i do tego ten charakterystyczny, lekko nonszalancki ton i chód”.

7

Jacek Taszycki, Rybka talizman, 22 x 27 rok 2000

Do annałów krakowskiej ASP przeszła słynna obrona pracy dyplomowej Jacka Taszyckiego, który nim trafił przed komisję egzaminacyjną spotkał się w ustronnym miejscu - gdzie to nawet król chodzi piechotą - z profesorem Jerzym Nowosielskim - słynny malarz zasiadał w tejże komisji. Oddajmy głos innemu przyjacielowi Taszyckiego, malarzowi Andrzejowi Niedobie: „Profesor powiedział Jackowi, popijając z piersiówki, że musi się spieszyć, gdyż za chwilę będzie zasiadał w jednej z komisji egzaminacyjnej. Jacek odparł: – „Wiem, panie profesorze. W mojej komisji”. „No to nie mamy się co śpieszyć. Bez nas nie rozpoczną” – z ulgą odetchnął profesor Nowosielski.

W 1983 r. Jacek Taszycki ukończył Akademię Sztuk Pięknych w Krakowie, dyplom z malarstwa robił u prof. Juliusza Joniaka. Dwukrotny stypendysta Ministra Kultury i Sztuki. Uczestnik ok. 30 wystaw w kraju i za granicą. Przyjaciel wielu artystów. Bardzo chętnie zapraszany na plenery.
Po szalonych latach spędzonych w Krakowie, między innymi w Piwnicy pod Baranami, wrócił do rodzinnego Olkusza. Był królem życia, bawił się i ani się obejrzał, a uzależnił się od alkoholu. Co wtedy zrobił? Przestał pić i wytrwał w tym postanowieniu kilkanaście ostatnich lat życia.

8

Jacek Taszycki podczas malowania. Fot. z arch. rodzinnego

Jacka nie zmienił nawet ciężka, okazało się nieuleczalna choroba, nie była w stanie pokonać jego mocnego charakteru. Pamiętam taką historię, odwiedził mnie w BWA, wtedy jeszcze galeria mieściła się w Dworku Machnickich. Jacek był już wtedy ciężko chory i często zaglądał do różnych znajomych miejsc i ludzi choćby po to, by kapkę odsapnąć, no i pożartować, opowiedzieć dowcip. Pech chciał, że zaszedł do mnie również z wizytą towarzyską Smajli, popularny olkuski bywalec, który – niech go chudy byk! – akurat rozgadał się na temat nowotworu, bo jakiś piłkarz zapadł na tę chorobę, a Smalili, kibic zagorzały, w najlepsze, że „rak to już praktycznie wyrok” i że „szkoda takiego utalentowanego zawodnika, bo mógł jeszcze karierę zrobić, a tak to do ziemi...” itd. W ten deseń gadał. Próbowałem go kopnąć pod stołem, ale zrobił tylko zdumioną minę. A Jacek siedział i się śmiał, bo sytuacja było – że tak powiem – mocno absurdalna i „morderczo-komiczna”. Tak sobie dziś myślę, że malarze są jednak w dużo lepszej sytuacji niż wspomniani piłkarze, bo jeszcze żadnemu umarłemu piłkarzowi nie udało się zrobić kariery, a malarzom akurat to się udawało, i by nie szukać wielu przykładów wymienię tylko Vermeera. Mam nadzieję, że kolejnym przykładem będzie Jacek, bo bardzo na to zasługuje.

9

Jacek Taszycki, Rybka wielorybka, 66 x 106, 2003 rok

Jacek zmarł na wiosnę 2004 roku. Pamiętam, na pogrzebie zjawiła się grupa jego przyjaciół z Krakowa; nad grobem wzruszające słowa padły z ust jego najlepszego przyjaciela, Stanisława Tabisza. Ale to nie był i nie jest koniec historii…
Za życia Jacek Taszycki miał tylko kilka wystaw indywidualnych, gdyż zupełnie nie dbał o te sprawy. Po jego śmierci odbyły się trzy kolejne wystawy indywidualne: malarstwa w BWA w Olkuszu, rysunków w Galerii „Baszta” (również w Olkuszu) i retrospektywna wystawa w Galerii „Pryzmat” Związku Polskich Artystów Plastyków w Krakowie, na 10-lecie śmierci zatytułowana „Pro memoria. Jacek Taszycki 1952-2004”.

10

Jacek Taszycki i Jerzy Kantorowicz, olkuscy malarze. Fot. z arch. rodzinnego

Ten znakomity, oryginalny malarz, wybitny kolorysta, nie żyje już 15 lat. Jego prace z rzadka pojawiają się na rynku antykwarycznym osiągając coraz wyższe ceny. W Kolekcji Sztuki Współczesnej Galerii BWA w Olkuszu mamy dwa obrazy na płótnie, malowane farbami akrylowymi, autorstwa Jacka Taszyckiego: średniej wielkości „Duszka Pana Deszczu” i efektownego, okazałego „Torreadora”.

Jeszcze raz Bożena Taszycka: – Jego prace się bronią. Ale ja myślę, że to wciąż jeszcze nie jest czas dla tych obrazów. Ale on nadejdzie i będzie o nich głośno. Jestem o tym przekonana. Twórczość Jacka jest niesamowita, choć myślę, że nie jestem obiektywna (śmiech). Jego twórczość jest taka, jak on – szczera i otwarta. Niesamowita i nieprzewidywalna, bo nie wiadomo było, w jakim pójdzie kierunku. Zaskakiwała. (…) zabrakło mu czasu. Zaczął go doceniać za późno.

11

Jacek Taszycki, Rybka telewizorek, 2002 rok

„Obcowanie z malarstwem Jacka Taszyckiego jest przygodą niebywale intrygującą. Kolorystyczna magia oraz zadziorność, a nawet drapieżność archetypicznych form i znaków przemawiają w jego obrazach w sposób emocjonalnie odświeżający i pobudzający wyobraźnię do wysublimowanej zabawy i gry. (…) Oflagowane pejzaże z cyklu „Tryumfatorzy”, kamienne głazy wynurzające się z wody z cyklu „Wyspy szczęśliwe”, owalny kształt kosmicznego pojazdu z cyklu „Podróż” czy jadowita i przewrotna Lolitka z cyklu „Ryby” przedstawiają coś więcej niż zarysowany i rozpoznawalny kształt. Posiadają siłę tajemniczej ekspresji oraz globalna przestrzenność i migotliwość absurdalnych bądź zaszyfrowanych, logicznych interpretacji.”
Prof. Stanisław Tabisz, rektor ASP w Krakowie, organizator wystawy pośmiertnej artysty w Galerii „Pryzmat”.

12

Jacek Taszycki. Fot. z arch. rodzinnego

13

Jacek Taszycki przy pracy. Fot. z arch. rodzinnego


W związku z przejściem na nową platformę rozpoczęliśmy prace modernizacyjne serwisu. Dodawanie komentarzy zostało zablokowane na czas prac. Zaloguj się lub załóż nowe konto.