Wspomnienie o Józefie Liszce (1930 – 2019)

1Jak mało kto, Józef Liszka, nestor regionalistów, przyczynił się do utrwalenia pamięci o dziejach Ziemi Olkuskiej, zwłaszcza historii miejscowego górnictwa rud cynkowo-ołowiowych. To nieprawda, że nie ma ludzi niezastąpionych: właśnie człowieka, którego nie da się zastąpić, skromnego, a przecież niesłychanie zasłużonego badacza lokalnej historii i obyczajów, pochowaliśmy w słoneczną niedzielę, 17 lutego, na cmentarzu parafialnym w Bolesławiu.

Gdy zabierałem się za jakiś temat związany z historią naszego regionu, wiadomo, sięgałem do źródeł i opracowań, i na ogół wśród tych drugich znajdowały się jakieś prace Józefa Liszki, bo Jego dorobek w tej materii był i jest ogromny i wszechstronny. Przy tym wiedziałem, że zawsze mogę do Niego zadzwonić, a nawet wpaść, pogadać; mimo różnicy wieku traktował mnie poważnie, nawet wiele lat temu, gdy zaczynałem zajmować się regionalną historią, a Pan Józef miał już na koncie spory dorobek. Tak, to Pan Józef ośmielił mnie, bym zajął się historią regionu, którym przed nim mało kto się interesował. Przed wojną byli ks. Jan Wiśniewski i Marian Kantor-Mirski, potem właściwie mamy dziurę, pojedyncze publikacje, aż pojawił się Pan Józef Liszka.

Dobrze pamiętam pierwszą u niego wizytę, niemal ćwierć wieku temu, w Krzykawie, w niewielkim domku wymurowanym z czerwonej cegły; przywitał mnie głośnym szczekaniem mały czarny piesek, który szybko się jednak uspokoił. Pan Józef mieszkał już wtedy sam, bo kilka lat wcześniej zmarła jego ukochana żona - jej zdjęcie miał zawsze przy sobie, schowane w portfelu. Pierwsze, co zwróciło moja uwagę, to spoglądający na mnie z każdego kąta święci, których Pan Józef rzeźbił; traktował to jako hobby, a przecież jego prace cieszyły się uznaniem fachowców. Kiedy go spytałem, skąd ta pasja, uraczył mnie interesującą historią: „Rzeźbić zacząłem bardzo wcześnie. Mając 19 lat znalazłem się w 25. Brygadzie Służby Polsce. Śpiewaliśmy wtedy „Nierozłączne siostry dwie: młodzież i SP”. Właśnie w ramach SP znalazłem się w odkrywkowej kopalni glinki ogniotrwałej – kaolinowej, bardzo wdzięcznej do rzeźbienia. I choć wcześniej właściwie nie zajmowałem się rzeźbą, to jednak przy ojcu, który był cieślą, coś tam dłubałem w drewnie.

2

Pamiętam, że często odwiedzał ojca pan Bigaj, zwany Rejentkiem, który między innymi remontował kościoły. I on, widząc mnie ryjącego w drewnie, powiedział kiedyś do mojego ojca: „Wiesz, Józek, twój syn będzie świętym dłubał w nosie”. Ale nim zająłem się tymi świętymi, była jeszcze wspomniana brygada SP. Tam właśnie wyrzeźbiłem orła z rozpostartymi skrzydłami, który siedział na pniu. Któregoś dnia przyjechał do nas z Warszawy pułkownik Gruda i jemu tego orła sprezentowano. A ja w nagrodę zostałem przodownikiem pracy. Do kopalni już nie wróciłem, cały czas rzeźbiłem różne upominki, pamiątki.” Po latach, gdy Józef Liszka znów zaczął rzeźbić, został dostrzeżony przez znawców sztuki; miał sporo wystaw, pisano o nim w prasie. Pan Józef bardzo ubolewał, że z kapliczek przydrożnych zniknęły tak kiedyś charakterystyczne dla polskiego krajobrazu drewniane rzeźby świętych; dłubał więc kopie skradzionych świątków, umieszczał w kapliczkach, ale i one ginęły. W końcu zaprzestał syzyfowej pracy i skupił się na spisywaniu historii lokalnej.

Najwięcej rozmawialiśmy o historii Bolesławia, Bukowna i pomniejszych miejscowości zachodniej części powiatu olkuskiego, bo to była „mała ojczyzna” Józefa Liszki. Wtedy, przed laty Pan Józef zapoznał mnie ze swoją metodą gromadzenia materiałów do nowych książek, na przykład ze sposobem segregowania fiszek, które trzymał w specjalnym pudełku z mnóstwem kieszonek. Kiedy spytałem, czy posługuje się komputerem, zaprzeczył; dodał, że syn go namawia, ale krygował się, że ma aż 66 lat i że „już się przyzwyczaił” do maszyny do pisania i starych metod pracy. Z czasem jednak zaczął korzystać z nowoczesnej techniki. Na pytanie, skąd wzięło się Jego zamiłowanie do historii, przytoczył opowieść sięgająca czasów wojny: „W życiu zdarza się coś robić z przekory. Historii w szkole się nie uczyłem, bo to były czasy okupacji. Jednak książkę do historii Polski (znałem ją na pamięć) miałem schowaną pod poduszką. Jeszcze dziś pamiętam tego legionowego orła z okładki. Potem w gimnazjum mechanicznym, była jakaś historia starożytna, której bardzo nie lubiłem. Zaś w liceum mechanicznym w ogóle nie było historii. Gdy znalazłem się w SGPiSie w Warszawie (Szkoła Głowna Planowania i Statystyki - obecna nazwa Szkoła Głowna Handlowa), którego na marginesie nie skończyłem, bo przeniosłem się do pracy w Zakładach Górniczo-Hutniczych w Bukownie – to uczono nas tylko historii gospodarczej. A w krakowskiej Akademii Górniczo-Hutniczej, gdzie kończyłem edukację, znowu nie było historii. Tak więc, jakby na przekór wszystkiemu, przez całe życie gromadziłem książki historyczne. A o zainteresowaniu historią regionalną zadecydował przypadek. Miałem pradziadka, Antoni Kubański się nazywał, który zmarł mając 96 lat. Otóż, gdy on miał 12 lat, to wybuchło powstanie styczniowe i pradziadek pamiętał bitwę pod Krzykawką. Opowiadał mi kiedyś, że widział, jak sąsiad nazwiskiem Kolczyk, przewoził zwłoki pułkownika Nulla i jeszcze jakiegoś powstańca. Wyznaczył go do tego sołtys. Wiózł ich furmanką, na słomie, do zarządcy Grunwalda (zapamiętałem to nazwisko, bo kojarzyło mi się z bitwą) w Bolesławiu. I tam złożono ich na klepisku. I on to tak plastycznie opowiadał, choćby o kapiącej krwi z tej furmanki… Właśnie ta historia spowodowała moje zainteresowanie powstaniem styczniowym. Zresztą, zawsze smakuje to, co niedozwolone, a trwała okupacja i historia Polski była zabroniona, więc mi „posmakowała”.

3

Potem nic się nie działo, zbierałem jedynie książki, bo zawsze je lubiłem, no a jak znalazłem się w Bolesławiu, to zainteresowałem się legendami. A zachęcił mnie pan Włodzimierz Starościak z Wojewódzkiego Ośrodka Kultury, któremu spodobała się legenda o lusterku czarownika. Ów czarownik chadzał przed wojną bardzo elegancko ubrany, tutaj w Małobądzu. Któregoś dnia pokazał właścicielowi gospodarstwa, w którym gościł, lusterko: - Popatrzcie, dziadziusiu – powiedział - A dyć to pon, który tu mieszkał, Mycielski – wykrzyknął gospodarz. Inni też widzieli tego pana w lusterku. Ja tę historię usłyszałem od pana Kasprzaka. Bardzo spodobała się panu Starościakowi, tym bardziej, że nie była wcześniej publikowana. On mnie spytał, czy może ją opublikować. Tak też się stało. Pomyślałem wtedy, że przecież znam takich legend sporo, to dlaczego ja nie mogę czegoś wydać. Tak powstały „Legendy znad Białej Przemszy”. Pan Józef podkreślał wówczas, że najbardziej lubił wywiady, rozmowy z ludźmi. Zwracał uwagę, że to, co ludzie mają zachowane w pamięci, może zaginąć, dlatego należy – jak pisał Miłosz - spisać „czyny i rozmowy”. Z pisaniem Pan Józef nie miał kłopotów, bo wcześniej, jako inżynier, pisywał artykuły fachowe w różnych pismach specjalistycznych, jak na przykład „Rudy i Metale Nieżelazne”, czy „Siarka”. Miał też zasadę, że wszystko, nad czym pracował i pracę zakończył, starał się opisać, żeby „nikt nie musiał już do tego wracać, wyważać otwartych drzwi”. Klarowności w pisaniu nauczył się podczas sporządzania opisów wniosków racjonalizatorskich, 40 własnych, ale także opracowanych przez kolegów. Opracował też dwa patenty, ale najbardziej dumny był z wniosku racjonalizatorskiego pierwszej w Polsce metody transportu powietrznego wapna hydratyzowanego dla flotacji oraz automatycznego dozowania mleczka wapiennego: „Mógł być z tego patent, ale jakoś nas wykolegowali, a szkoda, bo metoda stosowana jest do dzisiaj” (cytaty z wywiadu w 1996 r.).

Pan Józef opowiedział mi wtedy, podczas tej pierwszej wizyty, także o swojej innej, mniej znanej pasji: psychotronice. Psychotronika uznawana jest za paranaukę, bo zajmuje się zjawiskami odrzucanymi przez profesjonalnych naukowców, na przykład polem, które nie jest znane nauce (jak elektryczne i magnetyczne) i jest nieuchwytne dla jakiegokolwiek aparatu badawczego mogącego dać sprawdzalny wynik. To ciekawe, że ta „paranauka” zainteresowała inżyniera mechanika, czyli człowieka o wykształceniu technicznym. „Całe życie interesowałem się psychologią, choć rzeczywiście od psychologii do psychotroniki droga daleka. Moje głębsze zainteresowanie psychotroniką zaczęło się od systematycznego uczestnictwa w dwu- trzydniowych sympozjach psychotronicznych i radiestezyjnych w Bydgoszczy, które odbywają się w tamtejszej pomaturalnej szkole ekologicznej, w której radiestezja i psychotronika są podstawowymi przedmiotami ” – mówił mi przed laty – jak pamiętam – wyraźnie ożywiony Pan Józef . Co więcej, umiejętności, które nabył podczas tych szkoleń przydały mu się w …Zakładach Górniczo-Hutniczych: „Były kłopoty z kominem w ZGH (tym, na którym w 1994 r. odbył się słynny strajk zakładowej „Solidarności” – dop. OD), pękały śruby, spawy. Okazało się, że komin jest na skrzyżowaniu żył wodnych. I kiedyś przyjechali do mnie koledzy z tego zakładu, kiedy ja byłem już od kilku dni na emeryturze i żalili się właśnie na te awarie. Wyciągnąłem karteczkę i wyrysowałem z pamięci taki planik: tu droga A, tu H, a znam teren, bo pracowałem tam 30 lat, wziąłem wahadełko i wymierzyłem mniej więcej, gdzie jest żyła wodna. Ale ponieważ nie miałem doświadczenia poleciłem im dobrego radiestetę, pana Leśniaka z Krzykawki. I on tam na miejscu potwierdził moje wyliczenia i wyznaczył żyły tak samo, jak ja, tu przy tym stoliku. Ale co do głębokości tych żył, to pan Leśniak nie potrafił jej określić. A to jest tak, że jak się to wahadełko kręci, to się tupie nogą, raz, dwa, trzy, cztery… I w pewnym momencie wahadełko przestaje się kręcić – na trzynastym tupnięciu. To znaczy, że żyła jest na 13 metrach. Wracając do tych problemów z kominem, to potem dyrektor nakazał wiercić i choć mało kto wierzył, że tam jest woda (mówili, że tam jest lej depresyjny itd.), okazało się, że woda na 13 metrach faktycznie była. Udało mi się też parę razy zobaczyć aurę ludzką. Nauczono mnie tego w Bydgoszczy. Tam wiceprezes tego stowarzyszenia bioenergoterapeutów uczył nas jak to robić. Stawał na tle białego ekranu i starał się, by jego aura była bardziej gęsta, a myśmy próbowali ją zobaczyć. Podobno ta siła wytwarzająca aurę mieści się w okolicach krzyża. I ja patrzę, a ta aura jest – ucieszyłem się ogromnie.” Przez kilka lat Józef Liszka prowadził nawet w Bukownie Klub Psychotroniczny. Na pytanie, co robili uczestnicy tych spotkań, powiedział, że między innymi palili agnihotrę, czyli ofiarny ogień, który zapala się w miedzianym naczyniu o kształcie odwróconej piramidy: „Paliwem jest suszony krowi nawóz nasączony klarowanym masłem, zioła, cukier i ryż”. Zapewnił mnie przy tym, że „Uczestnictwo w tym procesie przynosi cierpiącym na jakieś dolegliwości zdrowotne pewną ulgę”.

4
Uczestniczyłem w bardzo wieku spotkaniach Józefa Liszki, podczas których promował własne książki, albo wydawnictwa innych autorów, którym pomógł w wydaniu ich prac, jak na przykład kilkadziesiąt książek wydanych w cyklu „Bolesławskie Zeszyty Historyczne”. Odnosiło się nawet wrażenie, że prace innych autorów radują go nawet bardziej, niż dzieła jego pióra. Pamiętam konferencje naukowe, na których Pan Józef opowiadał o górnictwie i hutnictwie, o legendach, a najchętniej o ludziach, którzy go fascynowali i którym poświęcił książki, jak choćby aptekarz z Krążka, Antoni Schmidt, który był konstruktorem bomby użytej podczas powstania z 1863 r. w trakcie zamachu na carskiego namiestnika Fiodora Berga, czy Stanisławie Ciszewskim, również pochodzącym z Krążka, profesorze etnografii i etnologii Uniwersytetu Lwowskiego (był to pierwsza polska katedra w dziedzinie etnologii), czy wreszcie Janie Waśniewskim, synu nadsztygara kopalni Bolesław, pisarzu, publicyście, autorze trylogii górniczej: Na podszybiu, 1932, Ognie w pirytach, 1935, Po dniówce, 1938, która staraniem Józefa Liszki została niedawno wznowiona, a nawet poszerzona o tom odnalezionych opowiadań i artykułów (Przed zagładą i inne opowiadania oraz artykuły prasowe, 2016). Pan Józef zawsze bardzo starannie przygotowywał się tak do publicznych wystąpień na konferencjach naukowych, jak i zwykłych spotkań z czytelnikami, czy z uczniami w szkołach; miał świetny kontakt z publicznością, pierwszorzędnie opanowany temat i choć nie stronił od dygresji, te nigdy nie powodowały chaosu w jego wykładach. Po prostu pełny profesjonalizm i klasa. Gdy wydałem pierwsze tomy z cyklu „Przewodnik po ziemi olkuskiej”, zdarzało mi się bywać w szkołach, na spotkaniach z młodzieżą; parę razy mieliśmy wspólne spotkania z Panem Józefem. Bywał również na promocjach moich książek. Traktowałem to jako najwyższy zaszczyt. Zwyczajowo wymienialiśmy się swoimi publikacjami, dlatego jestem szczęśliwym posiadaczem wielu książek Józefa Liszki z jego odręcznymi dedykacjami.

Przypomina mi się anegdotyczne zdarzenie, które daje pojęcie, jak bardzo Pan Józef zapisał się w świadomości społecznej; jego postać, regionalisty z krwi i kości, była niejako postacią kanoniczną i każdy, kto parał się tym samym zajęciem, co on, musiał się liczyć z tym, że będzie z nim porównywany. Gdy kiedyś, na początku obecnego wieku zostałem zaproszony na spotkanie z młodzieżą do dworku w Krzykawce, przyjechałem na czas, ale jakoś nikt się mną nie zainteresował. Młodzież, zgodnie z odwiecznymi zasadami, była hałaśliwa i niesforna, panie nauczycielki gdzieś przemykały w tle, miałem nawet wrażenie, że lekko zdenerwowane, a ja usiadłem gdzieś z boku i czekałem na rozpoczęcie spotkania. Czas minął, zagadnąłem więc jedną z pań, czy mogę zaczynać? „To pan?!” – była autentycznie zdumiona. „Ja, we własnej osobie” – pozwoliłem sobie zażartować. „Przepraszam, ale myślałyśmy, że pan jest w poważnym wieku, jak pan Józef Liszka, a tu taki młody człowiek…”.

5

Ostatni raz widzieliśmy się z panem Józefem podczas promocji monografii „Dzieje Bukowna”, która napisaliśmy wespół z Jackiem Sypieniem. Podczas ponad dwuletniej pracy nad książką konsultowaliśmy się z wieloma ludźmi, bez pomocy których monografia nie miałaby szansy powstać, Pan Józef był jedną z tych osób, których wkład w jej powstanie był największy: udostępnił nam wiele materiałów, w tym wyjątkowe archiwalne zdjęcia. Pan Józef, wtedy już bardzo schorowany, bardzo się cieszył z naszej książki; ktoś poprosił nas do zdjęcia... Jeszcze planował swoją ostatnią, jak mówił, pracę, o miejscowym starym budownictwie; zebrał sporo materiału, ale książki już nie zdołał ukończyć. Zgasł w 88 roku życia, a wraz z nim zapewne wiele historii i opowieści, których nie zdążył spisać. Podczas ostatniej drogi Pana Józefa, w której wzięło udział wielu mieszkańców Jego rodzinnej ziemi, towarzyszyła nam orkiestra górnicza, sztandary. Ładnie o zmarłym w kazaniu mówił ks. proboszcz Sylwester Kulka z kościoła pw. Macierzyństwa Najświętszej Marii Panny i św. Michała; choć Pan Józef należał do parafii w Krzykawie, tu, w tej pięknej świątyni, odbyła się msza żałobna autora m.in. „Dwóch wieków parafii Bolesław”. Jak mało kto, Pan Józef przyczynił się do utrwalenia pamięci o naszym regionie, zwłaszcza historii górnictwa ziemi olkuskiej. To nie prawda, że nie ma ludzi niezastąpionych… Właśnie człowieka, którego nie da się zastąpić, pochowaliśmy w niedzielę, 17 lutego 2019 r., na cmentarzu parafialnym w Bolesławiu. Będzie nam bardzo Pana brak, Panie Józefie…

6

Notka biograficzna:
Józef Liszka urodził się 19 listopada 1930 roku w Krzykawie gm. Bolesław, pow. Olkusz, woj. małopolskie, jako syn Józefa, cieśli . W 1943 r. rodzina Liszków został eksmitowana z domu, który przejęli koloniści Niemieccy. Krótko po wojnie skończył olkuski „Mechanik” (Technikum Mechaniczne). W 1972 r. ukończył Akademię Górniczo-Hutniczą w Krakowie (był inżynierem mechanikiem o specjalności budowa maszyn i urządzeń hutniczych metali nieżelaznych). Od 1954 r. zatrudniony w Zakładach Górniczo-Hutniczych „Bolesław” w Bukownie (kolejno na stanowiskach: kierownika Działu Zbytu i Transportu, mechanika wydziałowego Huty Tlenku Cynku i Zakładu Ołowiu, inżyniera Wydziału Badawczo-Doświadczalnego, kierownika Warsztatów Remontowo-Mechanicznych, zastępcy Głównego Energo-Mechanika). W Zakładach Remontowo-Montażowych Przemysłu Metali Nieżelaznych w Piekarach, w latach 1979-1982 był dyrektorem technicznym i naczelnym. Ponownie wrócił do ZGH „Bolesław”, jako kierownik wykonawstwa inwestycyjnego. W 1990 roku przeszedł na emeryturę. Miłośnik i badacz historii regionu, autor wielu artykułów i książek opisujących Ziemię Olkuską. Był członkiem Stowarzyszenia Autorów Polskich, Oddział Będzin. Osiemnaście lat pełnił funkcję przewodniczącego Klubu Techniki i Racjonalizacji w ZGH „Bolesław”, był też przewodniczącym koła Bolesławskiego Robotniczego Stowarzyszenia Twórców Kultury i przewodniczącym Koła Miłośników Historii Bolesławia i okolicy (od 1984 r.). Założyciel i redaktor naczelny „Kroniki Miasta Bukowno”, które to czasopismo potem przekształciło się w „Głos Bukowna”. Należał do Stowarzyszenia Mediów Polskich, jako redaktor naczelny dwumiesięcznika „Korzenie”, wydawanego od 1997 roku przez GOK w Bolesławiu. Był członkiem Rady Fundacji „Pracownia Inicjatyw Regionalnych” w Bukownie. Jego hobby była rzeźba i ogrodnictwo. Mieszkał w Krzykawie. Wybrane publikacje, dotyczące Bolesławia, Bukowna i ogólnie Ziemi Olkuskiej: „Legendy i opowiadania znad brzegów Białej Przemszy” (1990), „25 lat Szkoły Podstawowej im. 1000-lecia Państwa Polskiego w Bukownie” (1992), „Przydrożni świadkowie historii - Kapliczki, figury, krzyże: Olkusz, Bukowno, Bolesław, Krzykawa, Sławków i okolice” (1992), „Zabytkowy dworek w Krzykawce” (1991), „Pamięć Powstania Styczniowego na Ziemi Olkuskiej 1863-1993”, „Dwa wieki Parafii Bolesław” (1995), „Nazwiska-przezwiska z Bukowna i okolicy” (1995), „ Historia Bukowna w okolicy w nazwach miejscowych zapisana” (1995), „Zakłady Górniczo-Hutnicze „Bolesław”. Dzieje-Wydarzenia-Ludzie (współautorką była zmarła w zeszłym roku Elżbieta Świć, trzy wydania, ostatnie w 2013 r.), „Kartki z dziejów Gminy Bolesław” (dwa tomy, 1998-2000), „Legendy i podania Srebrnej Krainy” (wespół z nieżyjącym już Edwardem Gawareckim), „Bolesławscy twórcy”, „Diabla Góra w Bukownie. Legenda i prawda” (2005), „Ziemia kryje skarby” (2005), „Łuny nad olkuskimi lasami” (2007), „Stowarzyszenie Inżynierów i Techników Górnictwa Oddział „Bukowno”. Dzieje – Kadra – Myśl techniczna” (2009). Dzięki staraniom Józefa Liszki GOK w Bolesławiu wydał cztery tomy prozy Jana Waśniewskiego, pochodzącego z Krążka przedwojennego pisarza i spikera Polskiego Radia. Józef Liszka był odznaczony m.in. Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski i Złotym Krzyżem Zasługi. Honorowy Obywatel Gminy Bolesław; otrzymał też tytuł Zasłużonego dla miasta Bukowno.


Komentowanie dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników. Zaloguj się lub załóż nowe konto.