Olkusz

Sąd Najwyższy wreszcie zajął się sprawą uchylenia immunitetu prokuratorki podejrzanej o spowodowanie śmiertelnego wypadku w Sienicznie. Od tragedii minęło już półtora roku, a pierwszą decyzją w tej sprawie okazało się… odroczenie posiedzenia o kolejny miesiąc.

Przypomnijmy, że do wypadku doszło 28 listopada 2024 roku w Sienicznie na drodze krajowej nr 94. Młoda kobieta szła poboczem, by odebrać swoje dziecko z przedszkola, ale nigdy tam nie dotarła – została potrącona przez samochód, który zjechał z pasa ruchu. Mimo szybkiej interwencji służb i transportu do szpitala w Krakowie, 28-letnia Dorota zmarła następnego dnia.

Śledczy stosunkowo szybko ustalili, kto siedział za kierownicą – według organów ścigania była to prokuratorka z Sosnowca. I tu zaczyna się problem, który z każdym miesiącem coraz trudniej racjonalnie wytłumaczyć: kobieta do dziś nie usłyszała zarzutów, a nawet nie została przesłuchana, nie dlatego, że brakuje dowodów, lecz dlatego, że chroni ją immunitet. Nieoficjalne ustalenia, które pojawiały się w mediach, tylko podsycają społeczne oburzenie – mowa m.in. o rozmowie telefonicznej prowadzonej w chwili wypadku czy o zachowaniu kierującej tuż po zdarzeniu – jednak te kwestie wciąż nie zostały formalnie zweryfikowane w toku procesu, bo… procesu zwyczajnie nie ma.

Już wiosną 2025 roku Prokuratura Okręgowa w Krakowie skierowała do Sądu Najwyższego wniosek o jego uchylenie. Od tego momentu sprawa przestała jednak przypominać standardowe postępowanie. Posiedzenie w tej sprawie odbyło się bowiem dopiero 8 kwietnia 2026 roku. I nie przyniosło żadnego rozstrzygnięcia. Zostało odroczone – tym razem do 20 maja – z powodu niestawiennictwa stron. W praktyce oznacza to jedno: mijają kolejne miesiące, a postępowanie stoi w miejscu. Bez uchylenia immunitetu nie można postawić zarzutów ani przeprowadzić podstawowych czynności procesowych. Sprawa, która dla zwykłego obywatela zapewne dawno trafiłaby na wokandę, utknęła na etapie formalności.

W Sienicznie trudno dziś mówić o czymś innym niż o narastającej frustracji. To nie jest już tylko sprawa jednego wypadku. To symbol szerszego problemu, o którym od lat mówi się w Polsce coraz głośniej. W przestrzeni publicznej nieustannie trwa spór o praworządność, o stan sądów, o standardy państwa prawa. Tymczasem dla zwykłych ludzi liczy się jedno: czy w ich sprawach zapadają szybkie i sprawiedliwe decyzje. W tym przypadku odpowiedź jest brutalnie prosta – nie zapadają. Bo jak inaczej nazwać sytuację, w której przez półtora roku nie można nawet przesłuchać osoby wskazywanej jako sprawczyni śmiertelnego wypadku? Jak wytłumaczyć rodzinie ofiary, że wszystko rozbija się o procedury i kalendarz sądu? I wreszcie – jak przekonać społeczeństwo, że wszyscy są równi wobec prawa?

Ta sprawa pokazuje coś jeszcze. Że problem nie leży wyłącznie w pojedynczych decyzjach czy zaniedbaniach. To system, który potrafi skutecznie zablokować sam siebie. System, w którym formalności stają się ważniejsze niż człowiek, a czas przestaje mieć znaczenie. Kolejny termin rozprawy wyznaczono na maj. Pytanie tylko, czy tym razem coś się wydarzy, czy znów usłyszymy o odroczeniu. I ile jeszcze czasu trzeba będzie czekać, żeby sprawa z Sieniczna w ogóle ruszyła z miejsca.

 

0 0 votes
Article Rating
Subskrybuj
Powiadom o
0 komentarzy
najnowszy
najstarszy oceniany
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze