15 maja, na cmentarzu w rodzinnym Zawierciu, pochowany został Bogdan Dworak, człowiek nietuzinkowy i nie do zastąpienia. W Zawierciu znali Go wszyscy, bo nikt inny nie był tak zrośnięty z tym miastem, jak właśnie Dworak. Urodził się w nim w 1933 roku, mieszkał do pocz. lat 50, gdy podjął studia na polonistyce Uniwersytetu Warszawskiego. Po studiach mieszkał w Warszawie, ale w końcu wrócił do Zawiercia. Wrócił, bo coś go ciągnęło do tego wydawać by się mogło mało atrakcyjnego miasta, może czuł, jak mu jest potrzebny; bo o ile można sobie wyobrazić Dworaka bez Zawiercia, to nijak nie można sobie wyobrazić sytuacji odwrotnej. Wiedzę miał przeogromną i potrafił ja przekazać w sposób lekki i atrakcyjny. Wiedział o wielu rzeczach, o których zapomniano, albo chciano zapomnieć. Był przy tym odważny i nie wahał się w ujawnianiu częstokroć niewygodnych faktów. To on pierwszy napisał, że Władysław Gomułka, człowiek odpowiedzialny za antysemicką nagonkę w 1968 roku miał żonę,… Żydówkę z Zawiercia. On pierwszy opowiadał mi o nieślubnym synu Marka Hłaski, którego wychowywał Jerzy Andrzejewski. Był świadkiem mnóstwa niezwykłych wydarzeń z życia literacko-artystycznego Warszawy w latach 60 i 70, kiedy to mieszkał w stolicy. Znał poetę Kazimierza Ratonia, którego w 2015 roku, podczas organizowania pierwszego konkursu poetyckiego w Galerii BWA wybraliśmy na patrona. Rokrocznie przyjeżdżał na finał nagrody, gdzie wygłaszał poruszające wspomnienia o poecie przeklętym, zmarłym w samotności, w wieku ledwie 40 lat, który byłby uległ kompletnemu zapomnieniu gdyby nie kilka osób, wśród nich był Bogdan Dworak, które pamięć o Ratoniu pielęgnowały i przy różnych okazjach przypominały.

Poznałem Dworaka w połowie lat 90., kiedy to w redakcji Przeglądu Olkuskiego urodził się pomysł zorganizowania konkursu poetyckiego – wespół z Miejskim Ośrodkiem Kultury zorganizowaliśmy jego pierwsza edycją, a wśród jurorów, obok autora tego tekstu, znalazł się nieznany mi wtedy Bogdan Dworak, literat z Zawiercia, erudyta i gawędziarz, namiętny palacz, tryskający zaraźliwym śmiechem, czytający nadesłane wiersze i opowiadania głosem tubalnym, niczym jakaś współczesna wersja Frantza Fiszera. Od razu się polubiliśmy i – myślę, że zaprzyjaźniliśmy; nigdy na naszej przyjaźni nie pojawił się nawet cień wątpliwości, bo Bogdana nie dało się nie lubić, tak jak i nie dało się ogarnąć tego, co mówił. Przyznaję, na początku miewałem wątpliwości, czy wierzyć mu we wszystko, ale z czasem okazywało się, ze nawet te najbardziej szalone z jego opowieści maja potwierdzenie w faktach. Opowiadał więc, że znał Jana Pawła II i że odwiedził Papieża w Watykanie z reklamówką w ręce – a potem ujrzałem zdjęcie z tego wydarzenia, Boguś – jak wypada – klęczy, Papież, jak należy – błogosławi, a obok Dworak leży sobie reklamówka,, taka zwykła, co to jeszcze do niedawna dawali za darmochę w Biedronce. Nie zapomnę również zdjęć ze spotkaniami z luminarzami polskiej kultury, np. z Andrzejem Wajdą wsłuchanym i wpatrzonym w Dworaka jak w obraz, czy politykami (na jednym zdjęciu był z Tadeuszem Mazowieckim i Andrzejem Lepperem itd., itp. Wiele z tych wielkich postaci zapraszał na comiesięczne spotkania czwartkowe do Zawiercia, do pałacyku – nikt mu nie odmawiał. Na zawsze zapamiętam pierwsze nasze spotkanie, gdyśmy zresztą zaraz przeszli na ty, bo Bogdan z każdym skracał dystans, zakończyło się dużym skandalem – może nie jakimś wybitnie wielkim, ale na pewno takim na miarę Olkusza, czyli średnim. W konkursie w dziedzinie prozy przyznaliśmy I nagrodę młodej autorce, która używała w tekście rozlicznych wulgaryzmów; finał odbywał się w Baszcie. Wśród zgromadzonych osób nie brakowało elity olkuskich poetek, wśród nich siedziały autorki już w latach, które podczas odczytywania owego opowiadania przez Dworaka, jego mocnym jak spirytus głosem, omal nie dostały zawałów serca. Kilka pań demonstracyjnie opuściło spotkanie, ale Dworak zupełnie się tym nie przejął i nawet tłumaczył, że użycie wulgaryzmów w opowiadaniu o życiu lumpów na katowickim dworcu PKP było uzasadnione, bo gdyby ich nie było, opowiadanie byłoby sztuczne. Skończyło się na tym, że nas już więcej do jurorowania w tym konkursie nie poproszono (został przekształcony w konkurs o Gmerk Olkuski, niestety, po kilkunastu edycjach został zlikwidowany). Zadzierżgnięta jednak wtedy przyjaźń przetrwała. Spotykaliśmy się z Bogdanem częstokroć, najpierw w jego mieszkaniu w jednym z zawierciańskich bloków, który postawiono mniej więcej w tym miejscu, w jakim stał rodzinny dom Bogdana, wyburzony właśnie po to, żeby postawić owe bloki dla wielkoprzemysłowej klasy robotniczej. Potem Bogdan zamieszkał w szkole podstawowej w Marciszowie, ale nie dlatego – jak mówił śmiejąc się, że „zdziecinniał na starość”, ale dlatego, że było tam wolne mieszkanie, które zasłużonemu obywatelowi Zawiercia przyznały władze miasta. Potem dali mu tytuł Honorowego Obywatela Zawiercia, ale moim zdaniem nawet gdyby Go uczynili Księciem, albo i Carem Zawiercia, to i tak nie odda to zasług, jakie oddał swemu miastu, mam na myśli zachowanie wiedzy o Zawierciu, która gdyby nie Dworak, gdyby nie jego gawędy zebrane w książki, drukowane w prasie, wygłaszane w Radiu Katowice i na setkach spotkań, zachowały się i stworzyły coś na kształt genius loci młodego przemysłowego ośrodka, który teraz, dzięki Dworakowi, może mówić, że ma ciekawą historię. Ma, bo Dworak ją spisał. I choć nie ma w niej jakiś wielkich historycznych wydarzeń, czy nadzwyczaj wybitnych postaci, czy możnych władców, to jest historia nie mniej cenna, historia tworzącego się miasta, rozwijającego się przemysłu, rodzenia się – na chłopskiej glebie – miejskiej inteligencji.

Bogdan mówił mi często, że Zawiercie może pozazdrościć Olkuszowi pięknej, bo jakże długiej historii i ponoć głęboko u nas zakorzenionej kultury wyższej, którą wyraźnie u nas czuł; ja Zawierciu zazdrościłem po prostu Dworaka, bo on jedne był wart tysiąca działaczy kulturalnych, którzy robią coś w ramach etatu, a nie – jak Bogdan – wyłącznie z potrzeby serca.

Bogdan Dworak ma również liczne zasługi dla Olkusza, nie tylko towarzyskie. Ileż to razy Bogdan wspierał twórców znad Baby, którym pomagał w publikacji pierwszych utworów (Marek Pieniążek), dawał nagrody w prestiżowych konkursach literackich (Jarek Nowosad – w Konkursie im. Wojaczka), pisał wstępy do książek poetyckich i jeszcze na wiele innych sposobów wspierał w działalności literackiej (m.in. Annę Piątek, Krystynę Dziurzyńską). Opowiadał o olkuskiej kulturze podczas ważnych konferencji naukowych, w telewizji, w radiu, jurorował w dziesiątkach konkursów organizowanych w Olkuszu, Bolesławiu, czy Sławkowie. Robił to z zapałem i bezinteresownie.

Kochaliśmy Dworaka i czuliśmy, że on kocha nas. Kiedy stykałem się z kolejnymi objawiającymi swój niepośledni talent literacki twórcami z naszego regionu, wiedziałem, że raczej prędzej, niż później, muszą poznać Dworaka; i zabierałem ich do Bogusia, żeby go posłuchali, żeby poznali człowieka, który jest żywą literaturą, tej literatury przyjacielem i najlepszym nauczycielem; w ten sposób poznali Go m.in.: Łukasz Jarosz, Sławomir Elsner, Karina Stempel i Andrzej Muszyński. Te znajomości w większości zakończyły się przyjaźniami. Dlatego, gdy 15 maja chowaliśmy Bogusia w jego ukochaną zawierciańską ziemię, tak smutnym było, że z winy pandemii nie wszyscy mogli go wtedy pożegnać.

Na koniec chciałbym zaprezentować Czytelnikom „Przeglądu Olkuskiego”, co Bogdan napisał mi kiedyś o Olkuszu i o poetach z Olkusza, a o co poprosiłem Go z racji wydania antologii zawierającej wiersze 33 naszych twórców; warto to przeczytać, bo Dworak pięknie to napisał, tak pięknie, jak tylko On potrafił:

„Pierwszy raz usłyszałem o Olkuszu jako pięcioletni brzdąc cierpiący na ropne zapalenie uszu – groziła mi głuchota. Rodzice wieźli mnie samochodem do wybitnego specjalisty – laryngologa w Krakowie. Droga z Zawiercia do Krakowa prowadzi przez Olkusz. W samochodzie marudziłem, więc ojciec usiłował mnie rozśmieszać: – Teraz mijamy miejscowość, która nazywa się Klucze. – Klucze? Jakie Klucze? Czy te, których babcia Magdalena ciągle poszukuje, bo się gdzieś zapodziały? A może takie wielkie klucze, jakie trzyma w dłoni rzeźba św. Piotra przed bramą naszego kościoła? – Św. Piotr trzyma w rękach wielką księgę. – A może jest miasto, co nazywa się Księga? – Nie, nie ma, ale obok Kluczy jest wieś, która nazywa się Żelazko. – Żelazko? Pewnie ma duszę, co ją się rozpala do czerwoności w węglowym piecu. A najlepiej w Święto Trzech Króli, bo jak się taką rozpaloną duszę posypie kadzidłem, to pachnie w całym mieszkaniu jak w kościele. Ojciec coś mówił jeszcze o jakiejś Śrubarni, ale Śrubarnia nie rozpaliła mojej dziecięcej wyobraźni. Po dziesięciu latach od tamtej podróży Olkusz znów mi się objawił tańcem na rynku w balecie Ludomira Różyckiego „Pan Twardowski”. Do dziś potrafię zanucić melodię z tego fragmentu baletu. Już jako poważny nastolatek, czytacz przeróżnych dzieł literackich, doznałem jeszcze jednego olkuskiego objawienia. W dziele biskupa Ignacego Krasickiego przeczytałem: „Kopiemy góry dla srebra i złota w Olkuszu (…) reformujemy państwo” (fragment satyry „Pijaństwo”). Boże, w XVIII w. pisali o Olkuszu najwięksi twórcy tamtych lat, a moje rodzinne miasto jeszcze w ogóle nie istniało – nawet jako wioszczyna z kilkoma chałupami.

Nie pamiętam, w którym to było roku – Zbigniew J. Derda zaprosił mnie na spotkanie poetów w gmachu polonistyki Uniwersytetu Śląskiego. Kilkunastu twórców czytało swoje wiersze. Tylko utwory jednej poetki mnie zaintrygowały. Nie, nie była studentką ani pracownikiem uniwersytetu. Była pielęgniarką z Olkusza (Krystyna Dziurzyńska – dop. OD). I stało się. Starostwo zaufało mi i poprosiło o napisanie kilku słów wstępu do antologii trzydziestu trzech poetów urodzonych na ziemi olkuskiej lub z nią związanych. Takiej antologii w poezji polskiej jeszcze nie było. (…) Trzydziestu trzech twórców związanych z Olkuszem lub jego przyległościami. A rozpiętość w czasie? Od XVI w. aż po dziś, od nobliwego poety po nastolatkę – maturzystkę. Wiersze i króciuteńkie notki biograficzne czytałem przez kilka wieczorów; uważnie, z wielką przyjemnością i pełen artystycznych doznań. Syciłem siebie utworami poetów tworzących w  powiecie sąsiadującym z moim. Jeden z tych poetów był jako dziecko mieszkańcem Zawiercia. Poznałem go osobiście w mieszkaniu wybitnego poety Swena Czachorowskiego w Warszawie. Dwóch poetów urodziło się w końcu XIX stulecia, kilku w pierwszej połowie XX. Reszta to poeci współcześni, z osiągnięciami poetyki XXI w. Chyba do pięciu debiutanckich tomików poetów z Olkusza pisałem przedmowy. Żaden z tych poetów nie uwiądł po debiucie. Do dziś biorą czynny udział w życiu literackim. Jeden z nich osiągnął akademicką karierę jako ceniony teatrolog, nie przestał pisać wierszy, nie wyjechał z Olkusza do Krakowa. Kraków jest blisko. Trzem poetom olkuskim – laureatom Olkuskiej Nagrody Artystycznej pisałem laudację. Jednemu z poetów przyznaliśmy pierwszą nagrodę w Ogólnopolskim Konkursie Literackim im. Rafała Wojaczka. Wspomnę jeszcze o popularnym prozaiku, poecie i artyście malarzu, pracowniku Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie, który urodził się w Olkuszu, ale po kądzieli jest z mojego rodzinnego miasta (Marek Sołtysik – dop. OD). Zasiadałem z nim w jury Konkursu Poetyckiego im. Rafała Wojaczka. Olkuszanin był przewodniczącym komisji konkursowej – pierwszą nagrodę przyznano poecie z Zawiercia. Nie wiem, czym i kiedy objawi mi się jeszcze Olkusz. Antologia poetów olkuskich jest dla mnie objawieniem zdyscyplinowanym, intelektualnym przesłaniem artystów mierzących świat, siebie i ziemię, na której tworzyli i tworzą w poetyckim zmaganiu się ze słowem.

Z tą ziemią związany jest najwybitniejszy polski twórca poezji konkretnej (Stanisław Dróżdż ze Sławkowa – dop. OD). Miałem szczęście być zaproszony w 1990 r. na Sesję Teoretyczno-Krytyczną: „Poezja konkretna a (i inne) rożne dziedziny sztuki”. Dzięki wykładowi prof. Tadeusza Sławka i Doroty Szwarcman otworzyła mi się furtka i objawiła mi się wrażliwość na jeszcze jeden talent poetycki, który wydała ziemia olkuska.

Poeci ziemi olkuskiej są gościnni dla twórców z całej Polski. Kazimierz Ratoń, o którym kiedyś napisałem, że jest „zagłębiowskim Rilke”, był bezdomny za życia i stał się bezdomny po śmierci. Jego rodzinne miasto – Sosnowiec – nie chciało, aby Ratoń był patronem Konkursu Literackiego organizowanego przez Sosnowiec. Natomiast poeci olkuscy powołali go na patrona Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego i Kazimierz Ratoń zadomowił się w Olkuszu. Laureaci konkursu jego imienia dobijają do czołówki współczesnych poetów Polski. W jury również zasiadają najwybitniejsi znawcy współczesnej poezji. Laureatom pierwszej nagrody Olkusz wydaje tom poezji. Srebrny Olkusz ofiarowuje kulturze polskiej złotą uncję poetyckiej myśli. Czasami w redakcjach, „wielkich salonach literackich”, patrzą na mnie z przymrużeniem oka. Wydaję im się śmieszny, tak namiętnie lansując regionalizm. Jedyną moją odpowiedzią może być zdanie Juana R. Jiméneza – laureata Literackiej Nagrody Nobla 1956 r. – „Poprzez Regionalizm do Uniwersalizmu”. Ta sztuka udaje się poetom olkuskim.”

Dziękujemy, Przyjacielu.

Dołącz do dyskusji

Zaloguj się się aby komentować
avatar
500
  Subskrybuj  
Powiadom o