Powiat
Mieszkańcy Sulisławic podczas upałów boją się wychodzić z domów. W Szreniawie i Domaniewicach zielone potwory osiągają gigantyczne rozmiary, a droga z Olkusza na Klucze powoli zamienia się w toksyczną aleję. Choć barszcz Sosnowskiego kolonizuje kolejne hektary w regionie, machina urzędnicza rozkłada ręce. Powodem okazuje się święte prawo własności oraz permanentny brak kontaktu z właścicielami zaniedbanych działek.
Wszystko zaczęło się od zgłoszenia, które wpłynęło do naszej redakcji. Jeden z mieszkańców, bezradny wobec urzędniczej znieczulicy, postanowił zaalarmować nas o bombie ekologicznej, która tyka tuż za płotami naszych domów. Zgłoszenie to uruchomiło dziennikarskie śledztwo, z którego wyłania się przerażający obraz. Wszystko przez roślinę, która potrafi oparzyć bez bezpośredniego dotykania, ponieważ jej soki w połączeniu ze słońcem powodują głębokie rany przypominające oparzenia chemiczne trzeciego stopnia. Barszcz Sosnowskiego rośnie w najlepsze, podczas gdy instytucje odpowiedzialne za jego usuwanie wykazują całkowitą bezradność wobec biurokratycznych barier.
Czym jest barszcz Sosnowskiego i jak go rozpoznać?
Barszcz Sosnowskiego to niezwykle agresywna roślina inwazyjna pochodząca z Kaukazu, która została sprowadzona do Polski w czasach PRL jako wydajna pasza dla bydła, jednak szybko wymknęła się spod kontroli. Jest wyjątkowo żywotna, potrafi odrosnąć z korzenia, a jej nasiona zachowują zdolność kiełkowania w glebie przez kilka lat. Roślina ta charakteryzuje się gigantycznym wzrostem, osiągając od dwóch do nawet pięciu metrów wysokości. Jej liście są bardzo duże, rozłożyste i ostro powcinane, co odróżnia ją od mniejszego i niegroźnego rodzimego barszczu zwyczajnego. Gruba, pusta w środku łodyga jest u dołu pokryta charakterystycznymi purpurowymi plamami lub naciekami, a drobne białe kwiaty zebrane są w potężne baldachy przypominające gigantyczny koper o średnicy nawet do pięćdziesięciu centymetrów.
Sok rośliny zawiera furanokumaryny, które pod wpływem promieniowania ultrafioletowego wiążą się ze skórą i powodują silne oparzenia fototoksyczne. Objawia się to bolesnymi pęcherzami i rozległymi ranami, które potrafią goić się miesiącami i pozostawiają głębokie blizny. Co niezwykle istotne, zagrożenie występuje nawet bez bezpośredniego dotykania rośliny. W upalne dni toksyczne związki parują, a samo przebywanie w pobliżu stanowiska barszczu może doprowadzić do poparzenia dróg oddechowych, nudności oraz silnych bólów głowy.
Najbardziej dramatyczna sytuacja panuje obecnie w Sulisławicach, o czym zresztą wprost pisał nasz czytelnik. Tutaj problem nie dotyczy dzikich, oddalonych od cywilizacji nieużytków, lecz toksyczne giganty wyrosły bezpośrednio przy zabudowaniach mieszkalnych. Mieszkańcy żalą się, że w czasie upałów z tych roślin parują olejki eteryczne, przez co strach otworzyć okno czy wypuścić dzieci na podwórko. To jednak nie koniec, ponieważ najgorszy scenariusz pisze natura, jako że barszcze rosną w bezpośrednim sąsiedztwie rzeki Szreniawy. To ekologiczna bomba z opóźnionym zapłonem, ponieważ rzeka ta przepływa przez Miechów i Proszowice, by ostatecznie wpaść do Wisły. Każda dojrzała roślina produkuje dziesiątki tysięcy nasion, które prąd rzeki może ponieść dosłownie wszędzie, zmieniając lokalne zagrożenie w problem znacznie bardziej rozleglejszy. Głównym ogniskiem problemu w Sulisławicach jest działka z niedokończonym domem. Właściciela nie ma, budowa została porzucona, a chwasty osiągają tam monstrualne rozmiary. Gmina rozkłada ręce, a urzędnicy tłumaczą, że nie mogą bezkarnie wejść na prywatny teren i wydać publicznych pieniędzy na nieswoją działkę.
Z mapy, którą udało nam się odtworzyć dzięki sygnałom od czytelników oraz śledztwu, wyłania się obraz regularnej inwazji. Szreniawa wydaje się być obecnym epicentrum, gdzie znajduje się największe skupisko barszczu w okolicy, a w promieniu kilkuset metrów od głównego ogniska wyrastają kolejne, mniejsze kolonie, w których pojedyncze okazy osiągają jeszcze większe rozmiary. Śledztwo wykazało, że problem rozlewa się błyskawicznie, ponieważ kolejne potężne centra wegetacji barszczu zlokalizowaliśmy w Domaniewicach oraz Kwaśniowie.
Kolejnym punktem zapalnym jest sam Olkusz, gdzie na szczycie wzgórza Dwudziestu Straconych problem znany jest już od lat. Łąki, na których rosną rośliny, są prywatne, przez co nikt się nimi nie interesuje i nikt ich nie kosi. Z tego miejsca barszcz ruszył w drogę i jadąc z Olkusza na Klucze toksyczne rośliny można spotkać już po obu stronach jezdni. Choć w tym miejscu są one na razie rzadziej usiane i rzadko osiągają maksymalną wysokość, to relacje kierowców i pasażerów są jednoznaczne, potwierdzają, że z roku na rok jest ich coraz więcej. Jeśli pobocza nie zostaną natychmiast zabezpieczone, trasa ta stanie się śmiertelną pułapką dla pieszych czy rowerzystów szukających schronienia na poboczu. Podsumowując sytuację w naszym regionie, dochodzimy do absurdalnego wniosku, że wszyscy wiedzą o zagrożeniu, ale nikt nie może lub nie chce nic zrobić. Teoretycznie prawo stoi po stronie mieszkańców, ale w praktyce, jeśli właściciel jest nieznany, nie przebywa w kraju albo działka ma nieuregulowany status prawny, urzędowa machina staje w miejscu. Mieszkańcy zostali pozostawieni sami sobie, skazani na sąsiedztwo z rośliną, która bezlitośnie wykorzystuje ludzką opieszałość i polskie dziury w prawie.
Kluczowym aktem prawnym w tej sytuacji wydaje się być Ustawa z dnia 11 sierpnia 2021 roku o Gatunkach obcych (Dziennik Ustaw 2023 pozycja 1589, z późniejszymi zmianami). Zgodnie z artykułem 21 ustawy 2 „działania zaradcze w stosunku do IGO (inwazyjne gatunki obce) stwarzających zagrożenie, przeprowadza zarządca nieruchomości lub właściciel gruntów, na którym występuje zagrożenie”. Inne podstawy prawne odnajdziemy w Rozporządzeniu Rady Ministrów z dnia 9 grudnia 2022 r. stworzonej w sprawie listy inwazyjnych gatunków obcych niosących zagrożenie dla Unii i Listy inwazyjnych gatunków obcych stwarzających zagrożenie dla Polski, działań zaradczych oraz środków mających na celu przywrócenie naturalnego stanu ekosystemów, a także w Rozporządzeniu Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) nr 1143/2014 z dnia 22 października 2014 r. w sprawie zapobiegania wprowadzaniu i rozprzestrzenianiu inwazyjnych gatunków obcych.
Gdzie jednak leży klucz do tego urzędniczego paraliżu? Przykładową odpowiedź znaleźliśmy na oficjalnej stronie Gminy Wolbrom, która w specjalnym komunikacie szczegółowo wyjaśnia zawiłości prawne. Urzędnicy tłumaczą, że w związku z wejściem w życie Ustawy o Inwazyjnych Gatunkach Obcych zmieniły się przepisy i sposoby zwalczania tego zagrożenia. Zgodnie z prawem, każdy, kto zauważy barszcz Sosnowskiego, powinien niezwłocznie zgłosić ten fakt wójtowi lub burmistrzowi, podając swoje dane, dokładny adres i dołączając zdjęcia. Jednak zamiast natychmiastowej akcji w terenie, rusza biurokratyczna machina. Przyjęte zgłoszenie gmina musi najpierw przekazać do Regionalnego Dyrektora Ochrony Środowiska, który po weryfikacji wpisuje je do centralnego rejestru. Dopiero w kolejnym etapie burmistrz ustala podmiot odpowiedzialny za przeprowadzenie działań zaradczych.
Przerzucanie się odpowiedzialnością i biurokratyczne procedury sprawiły, że w walce z zieloną plagą stoimy w miejscu. Natura jednak nie czeka na urzędowe pisma, lecz bezkarnie zagarnia kolejne działki. Jeśli gminy natychmiast nie wdrożą radykalnych działań i nie wejdą na prywatne tereny z interwencją, wkrótce będziemy pisać o pierwszych ciężkich poparzeniach.
Magdalena Kiwior


















