01

Dzieje Jaroszowca nie są długie. Jeszcze w XIX wieku nie było tu żadnych domostw. Najbliżej mieszkał gajowy z Klucz noszący nazwisko Jarosz, który hodował owce. Jarosz od owiec – mówiono o nim, i stąd miała się wziąć nazwa powstałej później miejscowości. Na mapie Polski spotkać można jednak nazwy miejscowości, które nazywają się podobnie jak Jaroszowiec (np. Jaroszów), a które swą nazwę wywodzą od nazwy osobowej Jarosz, która jest pochodną imienia Jarogniew lub Jarosław.

Z połowy XIX w. mamy pierwsze informacje o górnictwie rud żelaza na tych terenach. W 1866 r. od trzech będzińskich kupców dobra, w których skład wchodził Jaroszowiec i wzgórze Rudnica (na północ od Klucz), kupił pruski przemysłowiec hrabia A. Renard. W 1883 r. zostały one włączone do spółki „Gwarectwo Hrabia Renard”. W 1887 r. dobra Klucze i Jaroszowiec zakupił pochodzący z Nysy niemiecki przemysłowiec Ludwik Mauve. I to Mauve uruchomił kopalnie rud żelaza „Oskar” i „Jan” (po ich zatopieniu w końcu XIX w. pozostały stawy: Zielony i Czerwony). W 1895 r. jedną z nich kopalnię zwiedził i opisał polski inżynier S. Dobrzyński. W 1897 r. doszła trzecia kopalnia „Jaroszowiec”. Kres górnictwu na tych terenach, w tym także odkrywkowemu, przyniosła I wojna światowa. W 1925 r. badania geologiczne w Rudnicy i Jaroszowcu prowadził polski geolog Czesław Kuźniar. W dwudziestoleciu ze wzgórza w Rudnicy wydobywano wapień jurajski, z którego korzystała cementownia w Jaroszowcu.

 1

Cementownia. W ostatnich latach XIX w. Ludwik Mauve wybudował w Jaroszowcu fabrykę cementu, którą nazwano „Klucze”. Zdecydowało korzystne ulokowanie miejscowości, obok linii kolejowej i pokładów kamienia, który łamano na klinkier i margla (glinki), który dostarczano przez wykopany w tym celu tunel. Glinę dowożono z Klucz, z Rudnicy. Fabryka składała się z piciu pieców Ditz’a, 15 wapienników, beczkarni, budynków magazynowych, portierni i biur ekspedycji. Pracowników zapewniono mieszkania we wzniesionych wtedy i zachowanych do dziś czterech kamienicach. Także wtedy, czyli w końcówce XIX w. wybudowano tzw. pałac czyli siedzibę kierownictwa i willę dla dyrektora – i te budynki również ocalały będąc najstarszymi zabytkami Jaroszowca. W czasach carskich zakład nazywał się „Portlandcementfabrik Klucze”, po odzyskaniu przez Polskę niepodległości w 1918 nowa nazwa brzmiała Cementownia Klucze. Zatrudnionych w niej było ok. 500 pracowników. Cement z Jaroszowca wykazywał się znakomitymi właściwością mi wiążącymi i nadawał się do każdego typu budownictwa. Na początku sprzedawano go w beczkach dębowych, potem – jak i dziś – w papierowych workach. W tym okresie przyjęło się już mawiać na Jaroszowiec „Cementownia”. Od 1898 r. inżynierem we francusko-niemieckiej Portlandcementfabik piastował pochodzący z Finlandii Kaarlo Wegelius. W 1901 roku mianowano go dyrektorem i pozostał nim do końca istnienia fabryki. Rodzina Wegeliusów mieszkała w owej dyrektorskiej willi. „Urodzone w Polsce dzieci, Maija, Lisa i Ercki, chodziły do polskich szkół, znakomicie znały polski język i chyba czuły się Polakami, choć rodzice bardzo dbali, aby nigdy nie zatraciły poczucia przynależności do swojego narodu” (cyt,. za artykułem Katarzyny Tomsi, z nieistniejącej już „Gazety Olkuskiej”). Wegeliusowie przyjaźnili się ze znanym olkuskim małżeństwem społeczników Zofią i Antonim Okrajnimi. W 1918 r. też czasie jednym z inżynierów w fabryce (spotkać się też można z inf. że była nawet dyrektorem) został Knud Peder, Duńczyk, wcześniej dyrektor cementowni w Aalborgu. Jego córką, która zresztą urodziła się już w Kluczach, była Anne Louise Christine Mogensen pseudonim „Lone”, bohaterska członkini współdziałającego z angielskim i polskim wywiadem podziemia antyfaszystowskiego w Danii podczas II wojny światowej, rozstrzelana przez Niemców wraz z mężem, Lucjanem Masłochą, również działaczem ruchu oporu, w końcu stycznia 1945 r. – w miesiąc po ślubie. Pośmiertnie odznaczona orderem Virtuti Militari. Fabryka Portland Cementu „Klucze” w Jaroszowcu nie przetrwała światowego kryzysu z przełomu lat 20-i 30-tych; postawiona została w stan likwidacji w 1933 r.
Dzieci z Jaroszowca dopiero w 1918 r. doczekały się własnej szkoły. Wcześniej musiały chodzić do jednoklasowej szkoły w Kluczach.

02

Dworzec kolejowy w Jaroszowcu – Olkuskim wybudowano w 1913 r., wtedy stacja nosiła jeszcze nazwę Rabsztyn, bo była to najbliższa większa miejscowość. Jednak same tory kolejowe (linia Iwangorodzko-Dąbrowska) położono w latach 1883-85. Obrazowy opis pierwszego zetknięcia się z pędzącym po szynach pociągiem dał pochodzący z Bydlina Wawrzyniec Kalarus we wspomnieniu, opublikowanym w książce M. Maryszewskiego: „100 lat Jaroszowca”: „gdy tylko dowiedzieliśmy się, że po ułożonych torach będzie przejeżdżał pociąg, wybraliśmy się pieszo na jego powitanie. Szliśmy, a właściwie brnęliśmy po śniegu, który sięgał do kolan, aby dotrzeć w pobliże torów. Uzbierało się nas tu – gdzie obecnie jest stacja Rabsztyn – spora grupa ludzi z Cieślina, Kolbarku, Bydlina i Golczowic, niektórzy z widłami, niektórzy z kijami. Każdy musiał coś mieć do obrony, bo wieści były różne, a wszystkie straszne. Jedni twierdzili, że to pojedzie diabeł żelazny buchający dymem i parą, inni mówili, że to będzie smok ziejący ogniem i choć jeździ po specjalnych torach, to czasami zjeżdża z nich i pustoszy wszystko wokoło. Wymarzliśmy tu okropnie oczekując kilka godzin na tego stwora trudnego do wyobrażenia. Dopiero po południu – może była trzecia – usłyszeliśmy jakiś strasznie głośny i przeraźliwy gwizd, potem ziemia zaczęła drżeć, niektórzy próbowali uciekać w głąb lasu chowając się za drzewami, po chwili jednak szybko wracali, niektórzy klękali i zaczynali modlitwę, ale gdy z zakrętu wyłonił się czarny kolos ziejący dymem, wszyscy upadli na ziemię i z wielka trwogą oczekiwali na to, co jeszcze mogło się wydarzyć…? Nic się nie wydarzyło. Parowóz z trzema wagonami przejechał, nawet się nie zatrzymał, a nam nie zostało nic innego jak wracać do domu. W drodze powrotnej było wesoło, bo wszyscy z wszystkich się wyśmiali”.

2 foto05

Pierwszy obiekt sakralny w tej miejscowości powstał w 1929 r. Kaplicę, którą ufundował fabrykant Herman Mauve, zaprojektował architekt Zygmunt Novak właściciel dworu w Tarnawie, późniejszy profesor Politechniki Krakowskiej, twórca kierunku zwanego architekturą krajobrazu. W ołtarzu głównym znalazł się obraz Matki Bożej Wspomożycielki Wiernych (kopia obrazu z Turynu) pędzla Jana Szczęsnego Stankiewicza, ucznia Jana Matejki. Ówczesną kaplicę obsługiwali księża z Olkusza. W 1938 r. kaplica została włączona do parafii Klucze. Od 1962 r. pełniła funkcję rektoralnego w zakresie posług duszpasterskich. Rektorami byli kolejno: Stanisław Pułka, Zenon Kudla, Marian Gołąbek, Stanisław Fert. Obecnie dawna kaplica znajduje się pod opieką harcerzy, znajduje się tu m.in. wiele tablic pamiątkowych poświęconych zasłużonym harcerzom ziemi olkuskiej, choćby Franciszka de Dąbrowy Morawskiego (1903-1993), drużynowego I Lwowskiej Dr, Harcerskiej, Marii Mrozowskiej (1847-1954), jednej z założycielek skautingu, czy Tadeusza Barczyka (1913-1998) hufcowego, komendanta Szarych Szeregów w Olkuszu podczas II wojny światowej. W 1978 r. powstała parafia w Jaroszowcu p.w. Najświętszej Marii Panny Wspomożenia Wiernych (dekanat olkuski). W 1981 r. uzyskano zgodę na budowę nowego kościoła. Kamień węgielny poświęcił 20 czerwca 1983 r, w Katowicach Jan Paweł II. W 1992 r. bp Adam Śmigielski uczynił go kościołem dekanalnym. Strzelista świątynia powstała wg projektu architektów Zygmunta Fagasa i Krystiana Błaszczaka. Sufit zaprojektował arch. Michał Kućmiński, rzeźby są autorstwa rzeźbiarza Jana Funka i malarza ks. Antoniego Polaniaka. Do nowej świątyni przeniesiono ołtarz główny ze starej kaplicy. „Oszczędne w wystroju, jasne ściany zespalają się z drewnianą balustradą chóru i z sufitem, a obszerne wnętrze świątyni jest tak różnorodne w swej geometrii, że każdy znaleźć tu może dogodne miejsce do nawiązania przyjaznego i osobistego kontaktu ze Stwórcą” – pisał w 1995 r. Bolesław Huras. Podczas pasterki, 24 maja 1996 r. ks. bp Adam Śmigielski ogłosił świątynię jaroszowiecką Sanktuarium Matki Bożej Wspomożycielki Wiernych – Królowej Rodzin.

3

W latach 30. powstało w Jaroszowcu sanatorium przeciwgruźlicze dla dzieci. W uroczystości wmurowania kamienia węgielnego pod szpital brał udział prezydent Ignacy Mościcki. Projekt zespołu szpitalnego czyli trzech budynków głównych i kilkunastu domków służbowych, opracował inż. arch. Jan Witkiewicz-Koszczyc. Kosztujący 6 mln zł nowoczesny i bardzo funkcjonalny obiekt oddano do użytku w 1937 r., ale nie zrealizowano całego założenia. Na otwarciu gościł minister Marian Zyndram Kościałkowski (w latach 1935-36 premier Polski). „Opłata za dziecko za całodzienne utrzymanie wraz z nauka i opieką lekarską wynosi 2 zł. Dzieci z innego powiatu płacą 2,50 zł dziennie” (cytat z ówczesnej prasy). Wykorzystywane było przez jakiś czas przez harcerzy. Nosiło wtedy nazwę Zakład Leczniczo-Wychowawczy dla Dzieci w Rabsztynie. Od 1937-40 kierowała nim Anna Maria Piotrowska (1907-1972), fizyk, nauczycielka i instruktorka ZHP, uczestniczka powstania warszawskiego, w którym była ranna. Po wojnie pracownik naukowy Instytutu Chemii w Warszawie, autorka licznych prac naukowych (badała metodami akustycznymi słabe kompleksy chemiczne, zawiesiny pigmentów i emulsje). Współautorka książki „Harcerki 1939-1945”. Pozostawiła liczne niw wydane prace, wśród nich prowadzony od sierpnia do grudnia 1939 r. „Dziennik Rabsztyński”, zdeponowany w archiwum Komendy Chorągwi Kieleckiej w Kielcach. PO wybuchu II wojny światowej przez kilka miesięcy leczono w nim chorych przeniesionych z przepełnionego olkuskiego szpitala. Potem Niemcy ulokowali w budynku …szkołę muzyczną oraz urząd celny. Z czasem jednak sanatorium znów leczyło chorych na gruźlice, tyle że tylko Niemców. W okresie ofensywy 1945 r. budynek służył Rosjanom jako szpital wojskowy. Po wojnie w sanatorium zaczęto leczyć dorosłych.

5 anne i i lucjan maslocha

Ciekawostka. Wśród leczonych tu już po wojnie byli m.in. Nikifor, słynny malarz-prymitywista z Krynicy, który podczas swego tu pobytu ponoć dużo malował, ale ludzie obdarowywani przez niego rysunkami, z reguły tworzonymi kopiowym ołówkiem, palili je w obawie przed prątkami. Innym znanym pacjentem był Stanisław Grzesiuk, znany pisarz z Warszawy, autor trylogii o warszawskim cwaniaczku: „Boso ale w ostrogach”, „Pięć lat kacetu” i „Na marginesie życia”. Właśnie ta ostatnia książka opowiada o zmaganiach Grześkowiaka z gruźlica płuc, walkę tę niestety wygrała chorobą. W książce można znaleźć opisy pobytu pisarza w sanatoriach, ale trudno w nich rozpoznać Jaroszowiec (Rabsztyn).

Okupacja dla Jaroszowca zaczęła się 5 września 1939 r. Tego dnia wkroczyli do osady Niemcy. Większość mieszkańców Jaroszowca uciekła na wschód wraz z wycofującym się Wojskiem Polskim. Potem, kto mógł, to wracał. Część żołnierzy zakwaterowano nawet w tutejszej szkole. W lutym 1940 r. skonfiskowano bibliotekę szkolną.
W tych trudnych, chudych latach, mieszkańcy Jaroszowca by przetrwać zmuszeni byli do przekraczania zielonej granicy, by w Cieślinie lub Bydlinie zaopatrywać się w produkty żywnościowe, o które na terenach Rzeszy było trudno (W Jaroszowcu był jeden sklep, który sprzedawał żywność na kartki).

6 wegeliusowie

Atak na koszary
W lasach w okolicach Jaroszowca działały w czasach II wojny światowej oddziały partyzanckie, m.in. „Hardego” i „Twardego”. Właśnie oddział dowodzony przez podkomendnego „Hardego”, ppor. Piotra Przemyskiego „Aresa” (były więzień Oświęcimia, z którego dokonał brawurowej ucieczki) zaatakował 14 sierpnia1944 r. udanej akcji na koszary niemieckie w Jaroszowcu. Celem akcji było, jak wspominał Hardy: „opanowanie koszar, zabranie broni maszynowej z magazynu oraz karabinów ze stojaków na salach sypialnych i wycofanie się bez walki”. W akcji brało udział 28 partyzantów. Tak zdarzenie to opisuje Gerard Woźnica, zapewne na podstawie relacji „Aresa”. 

„Około 24.00 nastąpiła zmiana warty. Według informacji patrol wartowniczy miał przechodzić dróżką obok parkanu, za którego rogiem leżeli ukryci partyzanci. Po chwili nadszedł. Było ich pięciu: rozprowadzający i czterech wartowników. Z chwilą kiedy patrol minął parkan, został momentalnie otoczony przez partyzantów i bezszmerowo rozbrojony. Była to zasługa plut. „Wulkana” (Rudolf Biedronka, dop.), który biegle władając językiem niemieckim, w paru słowach wytłumaczył rozbrojonym wartownikom bezcelowość alarmu i oporu. Jeńcy zostali odprowadzeni do lasu i rozebrani do bielizny. Wydobyto także od nich obowiązujące tej nocy hasło. Pieczę nad nimi przejęła drużyna ubezpieczająca. W zdobyte mundury szybko przebrało się pięciu odpowiednich tuszą i wzrostem partyzantów. Po nałożeniu hełmów niczym nie różnili się od rozbrojonych żołnierzy niemieckich. Teraz ppor. „Ares” sformował własny patrol wartowniczy, który pod dowództwem plut. „Wulkana” pomaszerował w stronę koszar. Pozostali partyzanci skrycie posuwali się za nim.

7 rabsztyn sanatorium

Po dojściu do koszar patrol został zatrzymany przez wartownika w celu sprawdzenia hasła. Partyzanci podali je, po czym błyskawicznie przystąpili do likwidacji wartownika. W zamieszaniu musieli uderzyć go w głowę, gdyż rozbiły się jego okulary. Na okrzyk „Meine Brille!” ktoś otworzył okno na piętrze i zawołał: „Was gibst unten?” (Co się tam dzieje?). Wartownika w tym czasie uciszono, a „Wulkan” przekonywująco odpowiedział po niemiecku, ze wartownik nagle zasłabł i trzeba go zmienić. Rozbrojonego wartownika odprowadzono do lasu. Plut. „Wulkan” poczekał aż okno zostanie zamknięte i dopiero wtedy dał umowny znak czającym się w mroku kolegom.

Po chwili byli już razem i przystąpili do wykonywania zadania. Miejsce wartownika przed budynkiem zajął kpr. „Mały” (nazwisko nieujawnione), który znał niemiecki i nieźle się prezentował w zdobytym mundurze. Sekcja „Świerka” (n.u) ustawiła się pod drzewem, zaraz za rogiem budynku. Do pogrążonych w ciszy koszar weszło 14 partyzantów z ppor. „Aresem” na czele. Elektryczną latarką oświetlili korytarz. Było tam pusto. „Mewa” (Marian Stychno) ostrożnie otworzył pierwsze, a po chwili drugie drzwi. W obydwu pomieszczeniach nie było nikogo. Do ubezpieczenia dolnego korytarza pozostała sekcja plut. „Czarnego” (Stanisław Kopeć) /…/ Na górnym korytarzu również zostało ubezpieczenie, a ppor. ‘Ares” i pozostali chłopcy wdarli się do pierwszej od schodów sali sypialnej. Była dość długa i spało w niej około 20 Niemców. Ppor. „Ares” skierował snop światła na ścianę, przy której nie było łóżek. Szukał stojaka na broń. Był pusty. Momentalnie skierował światło latarki wzdłuż łóżek. Partyzanci rozbiegli się po sali i sterroryzowali budzących się żołnierzy. Zabierali zawieszone na łóżkach karabiny, pasy z ładownicami i hełmy. Odbywało się to dość cicho i bez strzału. /…/ W pewnej chwili „Ares” spostrzegł, że drzwi na końcu sali nie zostały obsadzone. Prowadziły do następnej sali sypialnej i pomieszczenia z bronią. Wiedział o nich, gdyż według planu obydwie sale miały być opanowane jednocześnie, ale wytworzona sytuacja spowodowała dwu- lub trzyminutową zwłokę. To wystarczyło znajdującym się tam Niemcom na zorganizowanie obrony. W momencie kiedy „Mewa” ruszył w tym kierunku, drzwi otworzyły się na całą szerokość i padły pierwsze strzały. Partyzanci uskoczyli pod ściany i odpowiedzieli ogniem. Niemcy otworzyli ogień z dalszych pomieszczeń. Ppor. „Ares” wydał rozkaz przerwania ognia i podbiegł do drzwi. Światło latarki elektrycznej skierował w głąb sali i oddał kilka krótkich serii z pistoletu maszynowego do kryjących się za łóżkami Niemców. Zrobił się krzyk i rwetes. Po chwili cały budynek rozbrzmiewał wystrzałami i okrzykami „Nicht schiesen!”.

8 rabsztyn sanatorium barak nikifora

Nastąpiła krótka przerwa ogniowa. Wtedy padł pojedynczy strzał prosto w latarkę elektryczną zawieszoną na guziku górnej kieszonki munduru „Aresa”. Znów rozległa się palba karabinowa i serie broni maszynowej. Ciężko ranny ppor. „Ares”, po wystrzeleniu ostatniego magazynku, wycofał się z sali na korytarz. Za nim reszta drużyny. Wtedy padło hasło „Irena”. Do słaniającego się na nogach ppor. „Aresa” podbiegł „Góralik” (Zbigniew Biel) i na plecach zniósł go ze schodów na parter. Partyzanci strzelając do wybiegających z sal sypialnych Niemców wycofywali się z piętra na parter, a potem w stronę lasu. Najbliższy teren oświetlony był rakietami, a strzały padały już wtedy z następnych budynków, także zajętych przez hitlerowców. Szeroko rozrzucone ubezpieczenie odpowiadało ogniem, co całkowicie zdezorientowało Niemców i stwarzało pozory dużego oddziału.” Akcja ta zakończyła się – mimo wszystko sukcesem. Zdobyto 17 karabinów, 2 pistolety, sporo granatów, amunicji i mundurów. Straty wroga: 1 zabity, pięciu rannych, sześciu jeńców. Straty własne, ranny ppor. „Ares”.”. Po wojnie kpt. Piotr Przemyski „Ares”, dowódca szturmu na koszary w Jaroszowcu, odznaczony Krzyżem Orderu Virtuti Militari i 2-krotnie Krzyżem Walecznych, więzień obozu KL Auschwitz, została aresztowany przez funkcjonariuszy kieleckiego Urzędu Bezpieczeństwa i zamordowany 18 sierpnia 1945 r. – miał 26 lat.
W bitwie pod Monte Cassino, choć nie bezpośrednio w ataku na to wzgórze, brał udział mieszkaniec Jaroszowca Stanisław Nocoń, który walkę z Niemcami zaczął we wrześniu 1939 r., potem przez Związek Radziecki, wraz z Armią gen. Andersa dostał się na Bliski Wschód, a potem do Włoch.

Fot.1-5. Archiwalne zdjęcia dawnego Jaroszowca: cementownia i pałac, cztery kamienice i willa dyrektora.
Fot. 6. Anna Mogense i jej mąż Lucja Masłocha oraz dom, z którego wysyłali zaszyfrowane informacje wywiadowi angielskiemu.
Fot. 7. Wegeliusowie, fot. z arch. Katarzyny Tomsi.
Fot. 8-9. Sanatorium i barak w Rabsztynie (Jaroszowcu) pędzla Nikifora.

Dołącz do dyskusji

Zaloguj się się aby komentować
  Subskrybuj  
Powiadom o