Olkusz

Kultowych, otoczonych legendą knajp w dziejach Srebrnego Miasta Olkusza było sporo; dość wspomnieć swego czasu opisywaną już przeze mnie restaurację Bobrzeckiego (zwana również „u Bobra” i „Dwójka”) czy funkcjonujący w latach 60. lokal olkuskich elit kulturalnych Bezaldar (nazwa była skrótowcem i miała pochodzić od tego, że zalecano bawić się tamże bez alkoholu – pisał o tym choćby Bogdan Szczygieł w książce „Z całego świata tamta strona” – ale z tą prohibicją to chyba nie do końca była prawda), następnie Górniczą, Zagłobę, oraz Czarnego Piotrusia i Basztę, którym poświeciłem dwa wielce obszerne materiały. Teraz więc pora na Kalafiora.

Napomykałem już o tej knajpie kilka razy – choćby skuli opowieści o tzw. Orlim Szlaku, czy wręcz Orlej Perci, którym miłośnicy piwa uskuteczniali wędrówki przed kilku laty; wyżej wymieniony szlak pieszy zaczynał się w barze El-Paso (przy ul. Kościuszki, wcześniejsza nazwa Egzotyczny), drugim przystankiem był Kalafior (ul. Górnicza), a kolejnym bar Trzynastka (przy ul. Sławkowskiej, naprzeciw wejścia na targ) – warto zwrócić uwagę na znakomitą od strony strategicznej lokalizację baru Kalafior, który nie dość, że znajduje się w połowie drogi między El-Paso i Trzynastką, to także bardzo blisko zeń na Rynek – krótko mówiąc toż to samo serce miasta. Właściwie wszystkim jest więc blisko do Kalafiora i może właśnie w tym tkwi tajemnica sukcesu tak długiego trwania tej knajpy. A przecież ten bar, to taka drobinka, cóż to jest trzy niewielkie pomieszczenia w przyziemiu, ile tego może być w metrach kwadratowych, góra 30; już od wejścia zaczynają się wszelako schody, dokładnie dwa, a może trzy, w sumie nie pamiętam, a nie pamiętam, bo nigdy z nich nie zleciałem – nie wszyscy odwiedzający mogą to o sobie powiedzieć. Na prawo od wejścia jest ubikacja, specyficzna, po muszla, tzw. tron jest na podwyższeniu; z kiblem w Kalafiorze, jak w większości olkuskich knajp, zawsze był kłopot. Wprawdzie nie bywają tu aż takie tłumy, żeby jakieś ogromne ogonki się do niego ustawiały, ale bywały i kolejki. Gorzej jednak, ze kibel się często zapychał, albo wybijało szambo i wtedy, przyznać to trzeba, nieco śmierdziało. Pierwsze pomieszczenie Kalafiora zawsze było mniej zagęszczone klientami, bo wiadomo, przy drzwiach jest chłodno – potem wstawiono tam kozę i zmagazynowano drewno, komu by się tam chciało siedzieć jeszcze by musiał jeden z drugim dokładać do pieca. To się wie – sercem każdego lokalu, więc także Kalafiora, jest ta część, gdzie jest bar, przy którym, po prawej stronie, na samym skraju, z głową podpartą na ręce siedzi Poziomka, miejsce strategiczne, bo tu jest duży telewizor, Anetta leje piwo i ustawia na blacie rządkiem zamówione lufy, tu toczy się knajpiane życie, prowadzone sią rozmowy o wartościach, bywa odbywają się gorące dyskusje, zwieńczane sporem, kończonym już na zewnątrz lokalu za pomocą argumentów siłowych. Trzecie pomieszczenie – w sumie nie kojarzę już z jakiej przyczyny – nie jest użytkowane, a szkoda, bo kiedyś odbywały się tam najciekawsze, najhuczniejsze zabawy. Na początku w salce tej był stół, właściwie solidna ława, na której od biedy można było wyczyniać balety, toteż się je wyczyniało. Otoczona była skórzanymi sofami i fotelami, na ścianach była fototapeta z widokiem jakiejś metropolii, nigdy jej się dokładnie nie przyjrzałem, ale to chyba był Nowy Rok, przylepione też były do ścian okładki płyt tak „lubianych” przez nas gwiazd, jak Karel Got czy Dream Express. Słowem był klimat. Ale klimat się skończył, gdy sofy i stół uległy nadmiernej eksploatacji, w rezultacie której zniknęły; teraz pomieszczenie jest ciemne, powiedziałbym , że sprawia wrażenie metafizycznego, bo niby jest, a jakby go nie było, no dość tajemnicza sprawa.

Klasyczny szyld Kalafiora nad wejściem do baru zdjęcie sprzed wielu lat.

Śmieszna historia, ale moje pierwsze wspomnienie związane z Kalafiorem ma kontekst …kulinarny. Fakt, to wspomnienie z czasów, gdy Kalafior jeszcze się tak nie nazywał, ale dotyczy jednak tego miejsca, w którym bar funkcjonuje od ponad 20 lat, ba!, to chyba już nawet jest ćwierćwiecze. Mało kto pamięta – za to ja dość dobrze – że wcześniej w miejscu, gdzie dziś wznosi się budynek olkuskiej Ochotniczej Straży Pożarnej stała kiedyś wysoka kamienica z balkonami; z tego, co mi wiadomo, mieścił się w niej przed wojną, czyli wtedy, kiedy obok stała jeszcze żydowska bóźnica, cheder, to jest żydowska szkoła wyznaniowa. Kamienicę zburzono w latach 70., ale pozostały po niej, jak mi się zdaje, piwnice i w to na nich wzniesiono później budynek, w którym znalazła się znaczna część zbiorów olkuskiego Muzeum Pożarniczego. Nim w tychże piwnicach ulokował się Kalafior na początku lat 90. Zalęgłą się tam na krótki czas – rok, może dwa, wietnamska restauracja. Tak, dokładnie, To było pierwsze takie miejsce w Olkuszu, w którym nie królował schabowy z kapustą zasmażaną i flaki, ale można było zamawiać egzotyczne potrawy ze Wschodu. Wiedziony ciekawością i ja pewnego dnia zjawiłem się w tym miejscu i po wnikliwej lekturze menu, zamówiłem jednak potrawę, której nazwa wydawała mi się dość bezpieczna – wołowinę, albo cielęcinę w pięciu smakach (bodajże w karcie wymieniono jakie to miały być smaki: słony, słodki, kwaśny, ostry i mięsny). Pan o azjatyckich rysach twarzy przyjął zamówienie i – jak się wnet przekonałem – osobiście zaczął je realizować. Czekałem cierpliwie, czekałem wytrwale, ale trochę to trwało, trochę za długo, więc w końcu zerknąłem do kuchni – zobaczyłem kucharza przy pracy, pichcącego potrawę dla mnie, ową wołowinę, czy też cielęcinę w pięciu smakach. Z magnetofonu leciały jakieś wschodnie zaśpiewy, ale nie muzyka zwróciła moją szczególną uwagę; bardziej zainteresował mnie sam kucharz, a dokładnie fakt, że Wietnamczyk, mając zajęte obie ręce i nie mogąc strzepywać papierosa, pochylał się nad stołem z charakterystycznie skręconą głową, znaczy tak, żeby dym nie leciał mu do oczu; tkwiący w jego ustach papieros powoli się dopalał, problem był w tym, że spopielała część miał już kilka centymetrów i niepokojąco zwisała nad przygotowywanym dla mnie daniem. Usiadłem z powrotem na swoim miejscu i czekałem pełen obaw, co przyniesie przyszłość. No cóż, miałem podstawy, by obawiać się, że moja wołowina lub cielęcina w pięciu smakach może zostać nieoczekiwanie wzbogacona o szósty smak. Czy tak się stało? Nie wiem i nie chcę wiedzieć. Kucharz podał mi danie bez papierosa w ustach, a ponieważ nie znalazłem na talerzu peta, liczę, że zgasił go w popielniczce. Nic to, historia już dawna, nie do zweryfikowania, bo wietnamska restauracja się w tym miejscu nie utrzymała, co mnie, przyznaję, jakoś bardzo nie zmartwiło. Przechodząc kiedyś obok zauważyłem, że w miejsce Wietnamczyka pojawił się jakiś krajowego pochodzenia bar. Uwierzcie – nie wierzyłem własnym oczom, gdy zobaczyłem, jak został nazwany; Kalafior – zbaraniałem – równie dobrze można go było nazwać Kaloryfer, albo Katafalk! – stwierdziłem. Dziś uważam, że lepszej nazwy nie można było wymyśleć! Ktokolwiek ją wymyślił – chapeau bas!

2006 r., 30 czerwca – poeta Łukasz Jarosz i Madzia W. w Kalafiorze.

Przyznajmy, trzeba mieć fantazję iście ułańską, a może bardzie surrealistyczną jak Salwador Dali, by lokalowi dać nazwę, która – przyznajmy – może budzić co najmniej konsternację. Tzw. pierwszy garnitur do lokalu o podobnej nazwie przecież nie przyjdzie, tym bardziej o takiej reputacji, ale powiedzmy szczerze – nikt w Kalafiorze tego typu klientów nie wypatruje, ani specjalnie za nimi nie tęskni. Mogłoby zresztą dojść do nieporozumień, wiadomo, obcy, w każdej kulturze jest traktowany podejrzliwie, a nawet wrogo. Taki obrazek mi się nagle zwizualizował, lekko zawiany bywalec, Koryto, rozglądający się po barze, jakby kogoś szukał, a nie mogąc znaleźć, mocno tym faktem zrezygnowany, macha ręką i oświadcza zebranym: „Nawet nie ma komu przyp… – sami znajomi”. A propos moje koleżanki z BWA zechciały kiedyś odwiedzić Kalafior, tłumacząc się z tego pomysłu w ten deseń: „Tyle o nim opowiadasz, że postanowiłyśmy się przekonać, ile jest w twoich słowach prawdy”. Wybrały się we trzy – Iwona, Lucynka i Marta; dziewczyny z klasą, z gracją i z szykiem, zjawiły się któregoś dnia w kalafiorze, zaciekawione rozejrzały się po lokalu, po czym usiadły przy stoliku. Pora była dość wczesna, pustawo jeszcze było – wszelako barmanka Anetta struchlała, jakby nie trójkę niewiast zobaczyła, ale nie przymierzając jakąś Trójcę Świętą! Potem – już na spokojnie – tłumaczyła, że była przekonana, iż to jakaś poważna kontrola – stawiała na Sanepid. Dopiero, gdy dziewczyny zamówiły kolejkę wiśniówki, uspokoiła się, przecież służby na służbie gorzały nie piją.

2009, impreza urodzinowa w Kalafiorze – Bobik i Smajli.

Na początku, gdy Kalafior powstał, to była knajpa dla punkowców, może dlatego, że Zbyszek i Bufi, dzierżawiący lokalu od druhów z OSP Olkusz, byli punkowcami. Muzyka, którą ochoczo puszczano, była więc prosta i głośna: Dezerter, Armia, Sex Pistols, The Clash, The Ramones – te klimaty. Świetnie pamiętam, to był 2002 rok, zrobiliśmy bodaj pierwsze zebranie „sprawozdawcze” naszej punkowej załogi. Warto wspomnieć, że od połowy lat 80-tych jeździliśmy sporą ekipą na punkowe koncerty – do Jarocina, ale także po południowej Polsce, choćby na np. Dezertera czy KSU w katowickim Akancie, do Hali Wisły czy klubu Pod Przewiązką w Krakowie, na Odjazdy w Spodku, na przedziwne festiwale, jak jakiś w Wodzisławiu Śląskim (pamiętam z tych wyjazdów głównie nieustanne ucieczki przed konduktorami, bo oszczędzając kasę nie kupowaliśmy w pociągach biletów). Na spotkaniu w Kalafiorze leciała nasz muzyka, na stoliku w sali, tej w głębi, gdzie były kanapy i panowała atmosfera familiarna słuchaliśmy starych kaset – choćby koncert zespołu WC z 1982 r., który śpiewał np. „Balladę o twoim ryju”, a idzie to tak: „Ty wciąż musisz być najlepszy,/ To jesteś cały Ty./ Wszędzie musisz Ty być pierwszy,/ Gdzie nie spojrzeć tylko Ty.// Wszędzie widzę Twego Ryja,/ Zewsząd on uśmiecha się/ Już nie mogę patrzeć, nie!/” Arcydzieło polskiej poezji to nie jest, ale zwraca uwagę istotny przekaz, piętnujący tkwiący w każdym z nas egoizm. Z tymi kasetami to było skaranie boskie, nagrywane na zjechanym sprzęcie, magnetofonach z warszawskich Zakładów Radiowych im. Marcina Kasprzaka; trzymało się to ustrojstwo w słabnących z minuty na minutę rękach, aby nagrać koncert, który potem wszyscy sobie przegrywali. Po kilku przegrywkach niewiele już było słychać, same basy i jakieś pojedyncze słowa. Ale i tak każdy chciał posłuchać, bo przecież rozgłośnie radiowe, nie wspominając o telewizji, takiej muzyki nie puszczały, a zwłaszcza nie wpuszczano tego typu zespołów do studiów nagrań, więc ówczesne pokolenie muzyków nie miało szansy nagrać płyt. Na tym pamiętnym spotkaniu w Kalafiorze obiecali być wszyscy załoganci, ale się nie udało, bo przecież – co tu dużo gadać – w ciągu tych lat w naszych szeregach potworzyły się wyrwy jak z uzębieniu hokeisty z NHL-u. Nie będę się powtarzał, bo nasze pokręcone losy opisałem już przy okazji wspomnień o Czarnym Piotrusiu. Wtedy jednak, te 19 lat temu, wydawało nam się, że wszystko przegraliśmy, jakoś tak minorowo się zrobiło; mało kto jeszcze jeździł na koncerty, nie spotykano się prywatnie, prawie się ze sobą nie kontaktowano. Spora część niby pracowała, ale to nie były wymarzone zawody. Część była bez stałego zatrudnienia, więc co tu dużo gadać – piliśmy na smutno. Ale postanowiliśmy że musimy się częściej s[potykać – tu, w Kalafiorze. Z postanowieniami jednak jest, jak jest. Mają krótką żywotność, są jak jętka jednodniówka, na drugi dzień, po wyleczeniu kaca, pamięć okazuje się dziurawa – obrazowo mówiąc jest jak prześwietlony, czy wręcz urwany film. A zobowiązania są jak długi w banku – człowiek stara się o nich nie myśleć. Tak mi teraz przyszło do głowy, że trzeba by się po latach zwołać i spotkać, tylko gdzie i jak, skoro sytuację jaką mamy, każdy widzi (parszywy jest ten grudzień 2020 roku!).

2009 r., impreza w Kalafiorze, czyli Keivin sam w barze.

Co tu dużo gadać – Zbyszek wespół z Rafałem „Bufim” rozkręcili dość fajnie tego pierwszego Kalafiora. Podobały mi się ich akcje i pomysły promocyjne. Najbardziej ceniłem organizowane przez nich konkursy wiedzy, w których nagrodą było sześć browarów. Przyznaję nieskromnie, trochę piwa w nich wygrałem: wystarczyło wiedzieć, jaką długość może osiągnąć przyrodzenie płetwala błękitnego, albo jaka jest najwyższa góra w Układzie Słonecznym, albo jak się nazywa pewna marka piwa, które dosłownie zwala z nóg, bo zawiera aż 25 procent alkoholu, albo jakie są przyczyny ruchu wirowego Ziemi (wbrew pozorom nie ma on związku z ilością wypitego piwa). Inna forma promocji polegała na uwiecznieniu „zasłużonych” klientów na korkowej tablicy – coś w stylu przyfabrycznych ściennych gazetek z przodownikami pracy z czasów słusznie dawno minionych. O ile jednak włókniarki, czy hutnicy zdawali sobie sprawę, że im zrobiono zdjęcia i zostały one wyeksponowane na poczesnym miejscu – o tyle klienci Kalafiora na ogół dowiadywali się o tym, jak już ich przestawały boleć głowy i wracały siły witalne. Wpadał więc taki klient do baru i wtedy nagle zauważał się na zdjęciu, na przykład wtedy, gdy w pełni spontanicznie skacze po stole, albo nieco później, gdy oddaje się w objęcia Morfeusza na blacie tegoż stołu. To fakt, nie każdy mógł być zadowolony z tychże fotek, bo bywały dość kompromitujące; już nie pamiętam, ale chyba nie załapał się na fotę kolega Pocisk, który pewnego pięknego wieczora wyszedł z toalety bez spodni i majtek, siadł do stolika i musiało minąć dobre pół godziny, nim się towarzystwo zorientowało, że coś jest nie tak z jego garderobą. To na tej tablicy po raz pierwszy zobaczyłem Smajlego bez koszulki, gdy prężył swoje chimeryczne bicepsy i był to obraz, który mógł spędzać sen z powiek i spędzał; gwoli sprawiedliwości byłem obecny ciałem przy tej sytuacji, gdy wespół z kolegą archeologiem Jerzym Rosiem rozluźnieni i otwarci na nowe doznania, pozbyliśmy się górnej części odzienia eksponując obecnym w Kalafiorze nasze tzw. mięśnie piwne, ale wtedy jakoś nie zwróciłem uwagi na Smajlego. Trzeba było dopiero syndromu następnego dnia, bym w pełni docenił nasze ekshibicjonistyczne predylekcje. Więcej, rzeczona tablica komuś tam uratowała sakramentalny związek, bo niewiasta podejrzewała małżonka o skok w bok, a on, jak Bóg nakazał, nałoił się w Kalafiorze i zasnął snem sprawiedliwego na stole, wśród pustych flaszek, co zostało udokumentowane i połowicy pokazane, i co w konsekwencji uspokoiło wzburzone fale małżeńskiej burzy. Niestety, chłopaki sprzedali dość rychło interes i jakoś idea baru punkowego zaczęła zanikać. Potem tym specyficznym lokalem zawiadował Robert Mucha zwany Muchą, z małżonką … Jeszcze się działo, nie powiem, bar trzymał poziom, działo się. Zmuszony jestem się przyznać, że nie do końca umiem umiejscowić czasowo wydarzenia, jakie działy się w Kalafiorze; co było za tego, czy innego właściciela, staram się jednak uczciwie oddać królowi co królewskie i raczej pamiętam co działo się w Kalafiorze, nie myląc go z innym barem. Swoją drogą trudno Kalafior pomylić z innym barem, bo jest niepowtarzalny.

2009 r., Impreza w Kalafiorze, czyli Krzysztof D. zamawia 5 piw dla chłopców z tartaku.

Następnymi właścicielami lokalu byli Klaudia i Bobik. Oj, Klaudia okazałą się rewolucjonistką i chciała zrobić z Kalafiora lokal z wyższej półki, tylko czy był sens, skoro klienci nie byli z wyższej półki? Ściany zostały odmalowane farbami o radosnych kolorach i zawisły na nich obrazy Klaudii – wśród nich portret samego kalafiora (kwiatu – nie baru), na stolikach pojawiły się wazoniki z kwiatami. Nie tolerowano w ten – dla wielu bywalców – ciężki czas pijaństwa, więc klienci awanturujący się, czy nie daj Bóg pijani byli wypraszani. No tak, tylko co zrobić, jeśli większość klientów kwalifikuje się do wywalenie na zbity pysk? Jak to więc z rewolucjami bywa – i ta rewolucja pożarła własne dzieci. Klaudia z Bobikiem wycofali się z interesu . Od lat lokal jest w rękach Pani Gosi i do czasu pandemii działał na zasadach odwiecznych jak egipskie piramidy – piwo lane, butelkowe, głównie Tyskie, Tatra, ostatnio Kozel, można też było walnąć lufę, na upartego dało się zamówić kawę czy herbatę – konsumpcji nie przewidziano, chyba że sobie ktoś coś zamówił „na mieści” i mu przywieźli, posłał umyślnego (czyli Poziomkę – o nim za moment), albo sobie sam przyniósł. Kiedyś, kiedy bar nie miał koncesji na wódkę, w ogóle nikt nie robił problemów, by przynosić gorzałę z zewnątrz. Dla wielu było to zbawienne, bo ile dzięki temu oszczędzano na mandatach, jakie często i gęsto wlepiała bywalcom straż miejska, gdy ich złapała z butelczyną gdzieś w parku, albo na jakimś innym łonie natur. W Kalafiorze nikt nie gonił, a wręcz pomagał! Kto mianowicie? Proszę sobie wyobrazić, że przez jakiś czas w tym zbożnym dziele pomagał klientom Kalafiora nie kto inny jak …Superman. Tak, proszę Państwa, nie tylko wielkie miasta mają swoje urban legends, także Olkusz miał kiedyś swojego Supermana! Komiksowy bohater pomagał ludziom w poważnych tarapatach: ratował ich przed wcielonym złem, tymczasem olkuski, który wyglądał dokładnie tak samo, jak ten zza oceanu, ratował ludzi w tylko jednej potrzebie – nagłej potrzebie wypicia czegoś mocniejszego! Było tak: ktoś z głupia-frant rzucał myśl, czy bardziej propozycję nie do odrzucenia: „Piwo, jak to piwo, jest OK, ale może warto byłoby w ten cudowny wieczór napić się czegoś mocniejszego? Ktoś się zgadzał, no bo jakże inaczej?! Ale wtedy wynikała kwestia zasadnicza, kto skoczy do monopolowego, bo nikt z rozleniwionego towarzystwo nie kwapił się do pójścia – wtedy robiono losowanie i ten, kto je wygrał, ten de facto był przegrany, bo nie dość że leciał do flaszkę, to jeszcze nim to zrobił zmuszony był odziać się w wiszący nad barem służbowy strój Supermana. Proszę sobie wyobrazić jaką furorę robił olkuski Superman, z tym swoim opiętym kostiumie, z powiewającą na wietrze pelerynką! Ludzie szeptali do siebie z niedowierzaniem, że widzieli przemykającego po Srebrnym Grodzie komiksowego bohatera największych amerykańskich produkcji filmowych! Inni zaś widzieli go w sklepie monopolowym, próbującego stać karnie w kolejce, ale ludzie na to nie pozwalali, przepuszczali Supermana, niczym brzemienną kobietę, i pozwalali nabywać to, co zamierzał, bez stania w ogonku! Jedyne, co go różniło od pierwowzoru, to fakt, że nasz, polski Superman, nie był bezinteresowny, a gdzieżby, no co wy, dajcie spokój, kto by tam szanował takiego wolontariusza – nasz, owszem, flaszkę przyniósł, nawet zwrócił resztę, ale w zamian trzeba mu ulać, to jest podzielić się z nim zawartością butelki. Tak było, wierzcie mi, bo pisze prawdę i tylko prawdę. W końcu jednak strój się zużył, dość szybko zresztą, bo potrzebujących nie brakowało, a przywieziony z Ameryki kostium był tylko jeden. I czasy olkuskiego Supermana się definitywnie skończyły.

2009 r., kolega Jurek Roś otwiera piwo w klasyczny sposób, a przypatruje mu się sama Marylin Monroe.

Do historii lokalu przeszły takie imprezy jak koncerty, bo kiedyś, owszem, Kalafior proponował swoim klientom i tego typu rozrywkę. Któż tu nie grał? Ano wielu nie grało, ale wielu też grało, proszę bardzo: pochodzące z Jasła punkowo-nowofalowe Kremlowskie Kuranty z Irkiem Dańko na gitarze i wokalu, olkuskie Żywioły z charyzmatycznym frontmanem Trycjatorem (krótki czas kalafiorowym barmanem), a nawet Depeche Mode! Z tym Depeche Mode to niezły cyrk wyszedł, bo wiadomo – w Kalafiorze wyświetlono film z koncertem tego słynnego angielskiego zespołu, ale Smajli widział, jak grupa dziewczyn oglądała plakat zapowiadający koncert i komentowała, że to niesamowite, iż do takiego Kalafiora przyjeżdża samo Depeche Mode! W sumie dlaczego by nie? Kapela, w której od dekad występują Dave Gahan, Andrew Fletcher i Martin Gore jest już legendą, ale przecież Kalafior też sroce spod ogona nie wypadł i również jest legendą! Miały tu miejsce także takie dziwa, jak np. wieczór z muzyką jamajską (zorganizowany przez niejakiego Boy’a). Potem bywało już różnie –znaczy mniej ambitnie – a nawet disco-polo tu grali, ale faktem jest, że na początku i potem przez wiele lat muza, którą puszczali w Kalafiorze była przednia; ba, gdy za bufetem stał tu wspomniany Trycjator, znaczy Sebastian Łanik, frontman Żywiołów, odbywały się tu prapremiery kawałków tej grupy, tych, które weszły potem na płytę Żywiołów wydaną przez Roberta Gawlińskiego, lidera kapeli Wilki! Co więcej – Sebastian z zespołem „Żywioły” nakręcili w gościnnym wnętrzu opisywanego baru teledysk: https://www.youtube.com/watch?v=PdptviC4jow

2012 r., poeci Miłosz Biedrzycki i Marcin Baran, w gościnnym Kalafiorze; wkrótce M. Baran otrzymał prestiżową nagrodę im. Silesiusa za najlepszy tom poetycki wydany w Polsce w 2012 roku.

W pewnych nadzwyczaj wysublimowanych kręgach towarzyskich ta słynna ta olkuska knajpa nie ma najlepszych notowań; zupełnie tego nie rozumiem, bo goszczę w niej od wielu lat, dekad, a mam właściwie same dobre wspomnienia. Wiadomo, nie wszystkich urzeka lokal w tym typie, znaczy zadymiony od fajek (ostatnimi laty jest z tym lepiej, w związku z ustawowym zakazem palenia tytoniu), z głośną muzyką i z klientami, którzy częstokroć są w stanie wskazującym i mogą bywać namolni. Mnie to nie wadzi, a wręcz nastraja melancholijnie, przypominając dawne, dobre czasy, gdzie wszędzie było podobnie. Ci, którzy postponują Kalafiora, mówiąc, że to lokal niskiej kategorii, mówią tak wyłącznie dlatego, że rzadko, lub zgoła nigdy w nim nie bywają. Bez empirycznych doświadczeń, nie powinno się wyciągać daleko idących wniosków. Kalafior jest dla mnie źródłem ogromnej wiedzy o człowieku, a także zapewnił mi wiele t transcendentnych doświadczeń, których może nie jestem w stanie spożytkować i stworzyć dzieła na miarę Immanuela Kanta, który w transcendencji się specjalizował, ale na moją skromną miarę kilka dzieł dzięki Kalafiorowi napisałem. Swoją drogą pamiętam dziesiątki odbytych tamże niezwykle intensywnych rozmów o wielu istotnych aspektach ontologicznych, w tym także, a wręcz głównie, o aspektach aksjologicznych. Udzielałem rad i mnie ich łaskawie udzielano. Dyskutowałem o literaturze – i słuchałem jak inni o niej kompetentnie dyskutowali. Wsłuchiwałem się w recytacje wyrafinowanych tekstów literackich i – bo bywało – sam je recytowałem. Chcecie przykładów, nie ma sprawy, pierwszy z brzegu, Orinoko, facet zna na pamięć „Na skalnym Podhalu” i z lubością cytuje co smaczniejsze fragmenty dzieła Tetmajera. Z kolei Witek, powiecie, były strażnik miejski, cóż takiego ciekawego można usłyszeć od kogoś, kto służył w służbach, czyli w potocznym rozumieniu jego umysł działa prosto i nieskomplikowanie – nic z tych rzeczy, ma swoje przemyślenia, a poza tym zna na pamięć wiele utworów Fredry, ze wskazaniem na słynną XIII Księgę „Pana Tadeusza” i inne swawolne dziełka Aleksandra Fredry. Z zajmującym się kowalstwem artystycznym Jackiem Włodarczykiem – rzecz jasna – można podyskutować o sztuce, o wszystkim poza polityką, i są to zawsze ciekawe i zapadające w pamięć rozmowy. Kiedyś miałem przyjemność podyskutować w Kalafiorze z filozofem Wojtkiem Dessauerem, o polskim arianizmie, a w szczególności o myśli społeczno-politycznej Szymona Budnego. A czyż fakt, że częstokroć na dyskusje, wiadomo, hojnie zraszane piwem, umawiam się w tym lokalu z profesorem Dariuszem Rozmusem, wybitnym znawcą archaicznych technik górniczych i symboliki żydowskich nagrobków, nie jest dowodem, iż Kalafior sprzyja intelektualnym dociekaniom?! Już nie wspomnę tych setek prawie zawsze bardzo ciekawych, skrzących się dowcipną ironią i sarkazmem rozmów z Jurkiem Rosiem, który jest erudytą, bo zna się na wszystkim, może poza dyplomacją (stąd jego długa lista wrogów, której nie spisałby na wołowej skórze), czy ze Smajlim, który – podejrzewam – na muzyce zna się lepiej niż wszyscy polscy dziennikarze muzyczni razem wzięci. Uwierzcie – w niewielu innych olkuskich lokalach odbywały się tak głębokie i wnikliwe dyskursy, no może jeszcze kiedyś w El-Paso się takie zdarzały… Ale jest nadzieja na przyszłość, bo ostatnimi czasy nadzwyczaj ciekawe pogawędki odbywały się w Barze Kinga, czyli u Jaroslawa, Czecha, który prowadzi znakomity lokal gastronomiczny w pobliżu olkuskiego dworca PKP. Ale o tym miejscu innym razem, bo to dłuższa opowieść. Do tych kalafiorowych debat częstokroć dochodziło – znamienna sprawa – w soboty, w porze przed obiadowej, kiedy jeszcze klienci bywają mocno osadzenie w rzeczywistości, a jednocześnie już zaczynają odczuwać weekendowe rozluźnienie.

Kosz w Kalafiorze, stan na rok 2014.

Smajli i Poziomka

O Poziomce wspominałem już, ale to jedno zdanie nie wyczerpuje tematu legendarnego bywalca Kalafiora, jego – nie bójmy się tego słowa – ostoi. Kiedyś – nikt już nie pamięta kiedy – skromnie przycupnął przy barze i tak zostało na dłużej. Czasami można go przegapić, bo Poziomka jakoś się nie rzuca w oczy. A jednak jest i jest to obecność wyjątkowa; on, Poziomka, mężczyzna w średnim już wieku, o nieco zmęczonej twarzy, przed nim butelka piwa – to dwie stałe rzeczy we Wszechświecie. Wedle niego wszystko się dzieje, wedle niego wszystko się ocenia. Gdy go nie widzę – staje się niespokojny i nieufny – na szczęście rzadko się tak zdarza. Kiedyś zadzwoniła kiedyś do mnie z Holandii Ala Renkiewicz, pewnie przez wielu pamiętana, bo to przecież była dziennikarka m.in. „Gazety Krakowskiej”, dziś kierowniczka w jednym z hoteli dla forsiastych klubowiczów w kraju tulipanów; tak właśnie, Ala zmuszona była wyjechać do Holandii, bo na polskim rynku prasowym, który jest – szczerze powiedziawszy – płytki i żałosny, jakoś nie doceniano należycie jej tekstów, zwłaszcza społecznych, które moim skromnym zdaniem pisała znakomite. Mówi się trudno, żyje się w Holandii, ale to tylko dygresja; otóż Ala zadzwoniła do mnie i zadała pytanie o pogodę – konkretnie spytała, czy są już widoczne w Olkuszu jakieś symptomy wiosny? Odparłem, że nie wiem, jak ją rozpoznać: „Jak to nie wiesz?!” – zdumiałą się Ala – „Wiosna jest wtedy, kiedy Poziomka przychodzi do Kalafiora bez kurtki. Jak się pojawia w kurtce widomy to znak, że idzie zima”.

Kosz w Kalafiorze, stan na rok 2016 – widać postępującą degenerację pojemnika.

Po prawdzie wiadomo, że Poziomka robotny nie jest, choć z zawodu to on zdaje się jest spawacz. Kiedyś ktoś go wynajął do wrzucenia węgla do piwnicy. Poziomka wylazł z zacisza Kalafiora i ruszył w daleką eskapadę do fuchy; przechodząc obok szpitala – traf chciał – upadł i dostał drgawek. Któryś z lekarzy wypatrzył go przez okno, zorientował się że to padaczka alkoholowa; wzięli nieszczęśnika do szpitala, podłączyli do kroplówki, dali lekarstwa, witaminy, chcieli nawet zostawić na dłużej, ale Poziomka się nie zgodził, więc go wypuścili, a ten, jakby nigdy nic, wrócił do |Kalafiora. Niedoszły pracodawca Poziomki, spotkał go potem w knajpie i tamże został poproszony przez niedoszłego pracownika o postawienie piwa. „Gdybyś przyszedł, to byś zarobił i miałbyś na piwo…” – powiedział skofundowany pracodawca. „Przecież chciałem, ale się nie udało!” – skwitował Poziomka.

Widok kosza przywodzi mi na myśl słynny obraz Muncha.

Poziomka się nie rzuca w oczy, stanowi że tak powiem stałe wyposażenie baru, więc można go przeoczyć; kiedyś skręcił kostkę i trafił do szpitala. Dziwnym zrządzeniem losu akurat w tym samym czasie w szpitalu, również na ortopedii, leżał Smajli, Byłem tam kilka razy u Smajlego, i dopiero za trzecią wizytą dowiedziałem się, że pod oknem leży Poziomka. A co do Smajlego, to był wtedy w szpitalu, bo go na drodze krajowej rozjechała ukraińska osobówka; miał złamane obie kończyny, jedną nawet w dwóch miejscach, obojczyk, więc wszystkim się wydawało, że to koniec fartu, jakim się Smajli cieszy od niepamiętnych czasów (zaliczył już wszak kiedyś wpadniecie pod samochód, i to na ul. Górniczej, dokładnie naprzeciwko Kalafiora, ale wtedy nic mu się nie stało). Smajli to jednak twardziel, nie żaden miękiszon, lekarze go poskładali, starał się podczas rekonwalescencji, nie obijał i już znów śmiga, jak za młodu.

2015 r., Smajli w Kalafiorze obok jakże adekwatnych tablic ostrzegawczych.

Co do Smajlego, wiadomo, jest olkuską legendą; wiem i to, że kiedyś, gdy już będzie stosowny czas, na środku rynku stanie ławeczka, a na niej będzie siedział odlany z brązu Smajli, w jednej dłonie będzie dzierżył butelkę piwa, a palce drugiej będzie miał ułożone w literę L, czyli symbol Legii Warszawa, jego ukochanego klubu piłkarskiego. Warto bowiem wiedzieć, że Smajli jest jedyną osobą w Olkuszu, której się wybacza, że jest kibicem tego powszechnie znienawidzonego warszawskiego klubu. Smajlemu trzeba to wybaczyć, bo poza tą jedna sprawą, w innych jest w porządku. Rzeźba legendarnego olkuskiego bywalca musi – rzecz jasna – być odziana w koszulkę z logiem pewnej słynnej amerykańskiej kapeli punkowej, której lider, Greg Graffin, jest posiadaczem doktoratu z biologii ewolucyjnej. Dla ułatwienia dodam, że materiał zdjęciowy, który towarzyszy tekstowi, zawiera zdjęcie Grześka we wzmiankowanej koszulce. A teraz taka historia: kiedyś Smajli wrzucił coś z odzieży na grzbiet i wyszedł z domu, jakoś tak w miarę wcześnie musiało być, ale już raczej po obiedzie, bo szedł zdaje się do Kalafiora. No więc szedł sobie, palił papieroska i myślał o rzeczach godnych jego przemyśleń. Ale myśli pierzchły, bo usłyszał jakieś głosy, nie, nie w swojej głowie, w przestrzeni publicznej; doszedł do ulicy 20 Straconych i sprawa się wyjaśniła, bo natknął się na maszerującą kolumnę pielgrzymkową. Księża i młodzież śpiewali: „Kochamy Cię, Alleluja,…” i podobne hity. Smajli stanął na poboczu, czekając aż będzie mógł przejść na drugą stronę ulicy, naraz pielgrzymka jakby zwolniła, jakby się jakieś zwątpienie wlało w młode serca, pochód stanął, młodzież przerwała śpiew w pół słowa, kto wie czy nie w połowie wspomnianej biblijnej wychwalająca Jahwe aklamacji. Wszyscy wpatrywali się w Smajlego, który – przyznawał potem – lekko tym faktem skonsternowany, wzruszył ramionami i korzystają c z okazji, że pielgrzymka się zatrzymała, przeszedł drogę. Idąc już ul. Górniczą, przejrzał się w witrynie sklepowej. „O, kur… ! – wyrwało mu się z gardła; gdy zobaczył swoje odbicie już wiedział, dlaczego doszło do tego, do czego doszło: miał na sobie czarną koszulkę z wielkim czerwonym krzyżem, przekreślonym krzyżem czyli logiem słynnej kapeli Bad Religion – ma się rozumieć nazwa zespołu też na niej była!

2019 r., Prof. dr. hab. Darek Rozmus zbliża się z dwoma butelkami płynu wprowadzającego organizm w magiczny nastrój.

Trzeba dodać, że jest jeszcze młody Smajli, taka kopia zapasowa starszej i większej wersji oryginalnej, ale poza gabarytami i wiekiem niemal łudząco podobna – szczupła, wręcz chuda, krótko obcięta, w okularach i uczęszczająca do Kalafiora. Jednak w ich poglądach na życie różnic było już znacznie więcej, choćby gorący patriotyzm młodszej wersji, przy lekceważeniu spraw narodowych przez wersję oryginalną.

Odeszli do krainy wiecznych kolejek

Oj, odeszło już kilku znamienitych bywalców baru Kalafior. Dość wspomnieć o trzech, o Arze (Aro tak naprawdę miał na imię Aaron), o Tacie i o Romku Wiatrowskim; nie kryję, że najbliższy był mi ten ostatni. Romek odszedł w zeszłym roku, w wieku 68 lat. Gdy pierwszy raz wspólnie wychylaliśmy piwo nie wiedziałem, że tak dobrze mnie zna; okazało się, że był jeszcze kolegą z pracy mojego ojca, robili razem na narzędziowym i Romek opowiadał mi, jak to odwiedził raz czy drugi nasze mieszkanie w bloku na Pakusce i dobrze zapamiętał małego szkraba, znaczy mnie. Romek był facetem z klasą, oczytanym, inteligentnym i z kindersztubą, takim – bym powiedział – ciut niedzisiejszym, bo nie podniecający się byle czym, podchodzący z atencją do pań, mężczyzną, który chyba nigdy nikomu nie powiedział złego słowa; na ogół uśmiechnięty, zawsze w nastroju koncyliacyjnym, ugodowym. Brak Romka, wielki brak. Z kolei Tata był żywiołowy, mimo nosowej artykulacji mówił szybko, i mówił głośno, co powodowało, że miewało się kłopoty ze zrozumieniem, o czym mówi; z reguły opowiadał o swoich potyczkach z urzędami i sądami; nie dawał sobie w kaszę dmuchać, zawsze występował z pozycji roszczeniowych, pisywał skargi, odwołania od tych skarg, odwołania od tych odwołań, ale w Kalafiorze zachowywał się bez zarzutu. Wszyscy mówili na niego Tato, aż raz zajrzał do Kalafiora ojciec Koryta i zagadnął: „To pan jest Tatą mojego syna?!” Był też sobie Aro, też głośny, wszechobecny, zdawał się nawet napastliwy, ale to była poza, bo był wrażliwym człowiekiem i nikomu nigdy krzywdy nie uczynił; zginął tak naprawdę zamordowany, bandziory go pobiły pod bankomatem przy Biedronce, chcieli kasy, albo zwyczajnie chcieli się na kimś wyżyć; Poziomka, który mu wtedy towarzyszył, również oberwał, ale to Aro zapłacił najwyższą cenę. Pomimo urazów odmówił wezwania karetki, wrócił do domu, położył się spać i już się nie obudził. Pogrzeb Ara był właściwie manifestacją, w której wzięła udział bardzo liczna reprezentacja klientów Kalafiora i El-Paso.

2019 r., nekrolog informujący o odejściu Romka Wiatrowskiego.

Gdzieś tam pewnie siedzą za niebiańskim stołem, piją piwo, Tata mówi, że przygotował pisma, w których zaskarża decyzję Boga o jego przedwczesnym zejściu, bo nikt z nim tego nie konsultował, wszak nie wzięto pod uwagę wielu istotnych aspektów, Aro się głośno, wyzywająco śmieje, a Romek swoim spokojnym, rzeczowym głosem, uspokaja Tatę i radzi, żeby się napił piwa, bo przecież piwo zawiera działającą kojąco na nerwy lupulinę…

Maksiu

Kalafior przyciąga nie tylko ludzi, ale i zwierzęta; jego siła magnetyczna była wielka; Max, pies Iwonki B., koleżanki z pradawnych punkowych czasów, kundelek o krótkiej, jasnej sierści i mądrych oczach, częstokroć towarzyszył jej podczas odwiedzin w Kalafiorze. Siedział sobie spokojnie pod stołem i jakoś nie sprawiał wrażenia, by się nudził, choć przecież ani nie brał udziału w rozmowach, ani nie pił piwa, więc na prosty rozum nie było niczego takiego, co by go przyciągało do tego miejsca. No, czasem mu ktoś rzucił kawałek kiełbaski, którą sobie pieczono na ogólnie dostępnym ceglanym grillu, albo pizzy, którą zamawiało się z dostawą do Kalafiora, co nikomu z pracowników baru nie przeszkadzało, bo przecież sam Kalafior z wykwintnej kuchni – prawdę mówiąc – nigdy nie słynął. Po pewnym czasie pies sam zaczął przychodzić do Kalafiora, wpadała zdyszana Iwona z pytaniem, czy jej czworonóg już jest, tak, przylazł. No proszę, znał drogę, więc sam w nią wyruszał. A mówią, że to koty przywiązują się do miejsc, a psy do ludzi – jak widać na załączonym historii – nic z tych rzeczy. „Zawsze wiedziałam o której Kalafior zamykali, bo Maksiu wracał do domu 😄 Najlepszy klient od otwarcia do zamknięcia 😄 Raz zdarzyło mu się nawet nocować😄” – napisała mi na Messengerze Iwona. Niestety, Maksiu już nie przytruchta do Kalafiora; może siedzi pod tym niebiańskim stolikiem, przy którym ś.p. Romek, Aro i Tata popijają browary, albo i coś mocniejszego…?

Koszula i kradzieże

Dotąd pisałem głównie o innych, ale przecież sam mam wiele pięknych historii do opowiedzenie, historii, które działy się w Kalafiorze, a które na przykład – uwierzcie – pozwoliły mi na nowo uwierzyć w człowieka. Oto jedna z nich. Zdarza mi się coś czasami posiać; zgubiłem już niejedną bluzę, rękawiczkę, czapkę czy szalik, ale koszulę tylko raz mi się zdarzyło zapodziać, tak się składa, że to właśnie w Kalafiorze miało miejsce. Dawno to było, początek lat 2000, oj, wtedy imprezy w tym lokalu miały swój smak i urok, niepowtarzalny, niezapomniany, chyba że ktoś przesadził i nic nie pamięta. Właśnie jakaś taka spora impreza się odbyła w Kalafiorze, po której rozgrzany atmosferą ciepłego letniego wieczoru powróciłem na łono rodziny w podkoszulku, znaczy bez mojej czarnej, ulubionej wtedy koszuli. Martwiłem się koszulą, ale jeszcze bardziej kasą, którą miałem w kieszonce, nie pamiętam, coś koło stówy tam było, na ony czas to była zacna kwota. Na drugi dzień zaszedłem do lokalu, ale jeszcze nie było czynne. Wiedziałem jednak, gdzie mieszka Zbyszek, ówczesny właściciel Kalafiora, podszedłem doń, do bloku na os. Gwarków Olkuskich. Zbyszek powiedział, że nie ma kłopotu, podejdzie ze mną i zabiorę moją koszulę, bo – pamiętał, że zamykając interes zauważył czarną koszulę wiszącą na wieszaku. Otworzył więc zamki, kraty, weszliśmy, koszula faktycznie była tam, gdzie ją dostrzegł. Bez większych nadziei sprawdziłem kieszeń; nieprawdopodobne, kasa się zgadzała. „Elegancja – Francja!” – pomyślałem. Wychodzimy, a ja słyszę jakiś hałas, jakby ktoś coś powiedział w głębi baru. Popatrzyłem na Zbyszka pytająco. „A tak, jeden klient zasnął na kanapie; wyśpi się, to go wypuszczę” – powiedział Zbyszek i zamknął lokal na kłódkę.

Siłowanie

No tak, koszuli mi nie rąbnęli, nawet kasy nie wyjęli z kieszeni; ale to nie znaczy, że nie zdarzały się zabory czyjegoś mienia. Kiedyś Klaudia wspominała w mediach społecznościowych: „Zdarzały się, jak pewnie wszędzie, drobne kradzieże wyposażenia… najbardziej rozbawiały mnie tzw. przeze mnie nazwane „kradzieże inteligentne”, kiedy klienci wykręcali energooszczędne żarówki, /bo tam potrafiły świecić jednym cięgiem po 3 doby/i zazwyczaj zastawałam te zwyczajne – kto by wpadł na pomysł żeby do knajpy zabierać żarówkę?

2019 r., maj i romantyczna scenka rodzajowa widziana z Kalafiora.

Nie wiem co to była za okazja, a może nie było żadnej okazji, nieistotne, chcę tylko powiedzieć, że to w Kalafiorze przeżyłem swój największy sukces, sukces tak wielki i przynoszący mi taki splendor, że moja – za przeproszeniem – kariera pisarska może się przy nim schować pod stół. A było tak, że pijąc piwo ze Smajlim, w pewnym momencie zaczęliśmy się siłować na rękę, raz prawa, raz lewa, może jeszcze raz prawa, żeby Smajli sobie uświadomił, że pisarz to nie byle kto, przecież pracuję rękami, więc i siłę w kończynach ma. Tak prawdę mówiąc, Smajli jakoś wielkiego oporu nie stawiał, kto go zna, ten wie, że nie dysponuje nadmiernie rozwiniętą masą mięśniową, a wręcz cierpi na jej chroniczny brak. Ale nie tylko Smajli był tego wieczoru w Kalafiorze, ktoś nam się przyglądał, ktoś chciał się sprawdzić, więc ja, już lekko podchmielony i na fali entuzjazmu po pierwszych wygranych, zgadzałem się na kolejne siłowania. Oni się zmieniali, a ja, jak w jakimś widzie, kładłem ich jednego po drugim; użyję poetyckiego porównania – jak łany zbóż na wietrze, tak się przede mną kładli. Fakt, trochę siły w łapach mam, rzadko mi się zdarza przegrywać, z Dawidem raz przegrałem, na prawą rękę, ale na lewą go położyłem, Wtedy jednak trup ścielał się gęsto – Arek, Kevin itd. W pewnej chwili Ala się zgłosiła do rywalizacji, kobieta, wiadomo, potraktowałem ją z szacunkiem, czyli położyłem tak jak innych: „Myślałem, że dasz mi wygrać?!” – ona do mnie z pretensjami. „Alu, nie ma forów, jak wszyscy, to wszyscy! Poza tym jestem za równością płci”. Nigdy nie przeżyłem takiego uwielbienia i objawów szacunku, jak wtedy. Dzięki tej krótkiej chwili moje pragnienia nagród i wyróżnień na literackim polu zminimalizowały się, właściwie zanikły, bo co mi z nagród, co mi z laurów, które na nikim nie robią wrażenia, po których otrzymaniu nikt laureata nie wali z uznaniem po plecach czy po ramieniu?! Piękne to były chwilę, gdy okazywano mi szacunek, a od poklepywania po plecach nawet się lekko zgarbiłem. Potem, jak to w życiu bywa, wszystko wróciło do normy.

Odrzucenie, przygarnięcie

Raz mi się tylko zdarzyło, raz jeden, ale za to pamiętny, że mnie do Kalafiora nie wpuszczono. Co ciekawe byłem wtedy w towarzystwie wybitnego poety, mniejsza o tak wrażliwe dane, jak imię i nazwisko, laureata prestiżowych nagród, któremu wieszczy się Bóg wie jakie jeszcze laury, ale cóż to wszystko znaczyło wobec zamkniętych drzwi Kalafiora i dobywającej się zza nich muzyki, kiedy nie mogliśmy wejść, a na nasze usilnie łomotanie w zatrzaśnięte wrota, usłyszeliśmy aroganckie, raniące słowa: „Impreza zamknięta – Andrzejki”. Odeszliśmy jak niepyszni, a Kalafior stracił szansę na odwiedziny kolejnej znakomitości poetyckiej – a było w nim już wielu podobnych, sama śmietanka lirycznego parnasu, choćby Miłosz Biedrzycki, Marcin Baran, Jasiu Trzupek (historyk sztuki, prezes Małopolskiej Fundacji Muzeum Sztuki Nowoczesnej), po wielokroć gościł tamże twórca zaliczany do ważnego nurtu w polskiej poezji współczesnej – tzw. ośmielonej wyobraźni (wymyślił to określenie krytyk Marian Stala) czyli Roman Honet, a także Marek Krystian Emanuel Baczewski, a z grona wielu innych wymienię jeszcze Łukasza Jarosza, czy Sławka Elsnera, akurat naszych olkuskich poetów, bo bez dwóch zdań zasługują na to wyróżnienie. Fakt, wspomniany Marek Baczewski, popularny Baczu, trochę nie miał szczęścia do Kalafiora. Za pierwszym razem, mam wrażenie, że to było w Kalafiorze, ale głowy nie dam, czy to jednak nie było w Egzotycznym (voto secundo El Paso) – nieważne, jak mawiał Johny Cash „fakty nie powinny psuć dobrej opowieści”, wiec było tak: Na drugi dzień, po spotkaniu autorskim, miałem odprowadzić Bacza na autobus, którym autor „Wierszy żebranych” planował wrócić do rodzinnego Zawiercia. Traf chciał, że po drodze zaglądnęliśmy do Kalafiora. Drugi traf chciał, że w byli tam już Smajli i Koryto. Wprawdzie Kalafior to niby bar piwny, ale nie zawsze człowiek ma ochotę na piwo, albowiem zdarza się, że komuś z bliżej nieznanych powodów, przyjdzie ochota na coś mocniejszego, ewentualnie inni mają ochotę na coś mocniejszego i się człowiek dostosowuje, zresztą nieistotne, istotne bowiem, że ktoś wtedy miał ochotę napić się wódki i żeśmy się z Baczem dostosowali. Niestety, w którymś momencie zmuszony byłem towarzystwo opuścić, z nieznanych mi dziś powodów, w każdym razie pożegnałem się, ale o Bacza się nie niepokoiłem, bo został w dobrym, czyli znanym mi gronie ludzi. Tak się wszakże złożyło, że Baczu dał się polubić zanadto, zwłaszcza zaskarbił sobie sympatię u Koryta, który potem nie chciał Bacza puścić na autobus. Po czasie się o tym dowiedziałem, wiadomo, od Smajlego, że gdy tylko Baczu zrywał się, żeby zdążyć na autobus, Korytu usadzał go na krześle – przyznajmy – nieszczególnie zachęcającą prośbą: „Poeta, gdzie chcesz iść, siedź, bo ci je…”. Oczywiście w żadnym razie by tego zamiaru nie zrealizował, ale Baczu nie znając swojego kompana tak dobrze jak inni, nie wiedział, że Koryto choć bywa agresywny, to jednak nie aż tak często, jakby się wydawało. Dobra, ale to dawno było, lata temu, a niedawno, bo w 2017, pamiętam, doszło do sytuacji analogicznej, znaczy było zagrożenie, że poeta może oberwać w Kalafiorze. Organizowałem wtedy spotkanie poetyckie z Baczewskim i Maćkiem Meleckim, czyli z dwoma uznanymi poetami, przy czym ten drugi, Maciej Melecki, to również osoba na stanowisku, znaczy dyrektor szacownej instytucji, a dokładnie Instytutu Mikołowskiego im. Rafała Wojaczka. Poeci więc byli zacni, a do tego chętni, by jeszcze przed wieczorem dla kurażu napić się piwa. No, gdzie ich miałem zabrać? Wiadomo – do Kalafiora. Baczu już z wymienionym lokalem był zaznajomiony, więc nie oponował, a Melecki miał go dopiero poznać, więc też nie widział przeszkód, by się doń wybrać. Ledwo weszliśmy, a już wiedziałem, że jakaś zła energia tego dnia skumulowała się w Kalafiorze. Coś wisiało w powietrzu. Don Corleone mawiał w takich sytuacjach, że „Duże złej krwi się zebrało i trzeba jej upuścić”. Anetta mówiła, że tego dnia już dwa razy do Kalafiora zaglądali chłopcy z firmy ochroniarskiej, ale ja lekkomyślnie zlekceważyłem to ostrzeżenie. Ledwie weszliśmy, a zaraz się zrobił kwas. Dwoje bywalców miało wyraźnie jakieś zadawnione do siebie pretensje, a może nawet nie zadawnione, tylko świeże jak morska bryza, a wiadomo, świeże rany bolą najbardziej, no, co tu dużo gadać, mieli zamiar przejść w bolących ich kwestiach od słów do czynów. A tu myśmy się pojawili; niezbyt dobra to bowiem była chwila, jakbyśmy wciskali się komuś między wódkę a zakąskę; Seba, chłopisko na schwał, z bardzo solidną masą, chwycił Bacza za tzw. fraki i patrząc mu prosto w oczy, zadał pytanie egzystencjalne: „Człowieku, jak ty kur… wyglądasz?!”. Nie wiem, co w kondycji Bacza tak zirytowało Sebastiana, bo według mnie Baczy wyglądał tak jak trzeba, w każdym razie nic mu z wyglądu poety nie brakowało. Metodą łagodnej, wręcz usypiającej perswazji słownej zdołałem załagodzić rodzący się spór Seby z Baczem i zadowolony z siebie zamówiłem poetom po piwie. W moim przekonaniu sprawa rozeszła się po kościach; Baczu z Maćkiem usiedli w pomieszczeniu przy drzwiach wejściowych, a ja zagadałem przy z kimś barze chyba z Markiem zwanym A’Tomkiem (ze względu na łudzące podobieństwo do jednego z bohaterów komiksów Papcia Chmiela), a może Jackiem, nie ważne, nagle zorientowałem się, że w Sali, gdzie siedzą moi poeci jakoś cicho jest, zaglądnąłem do nich. Cóż takiego zobaczyłem? Otóż zobaczyłem dwóch mężczyzn siedzących jak na rozgrzanych węglach, lekko sparaliżowanych; piwa już mieli wypite, twarze niewyraźne, za to ich wzrok był nadzwyczaj wyrazisty, z tych w typie proszących, mówiły: „Chodźmy stąd jak najszybciej!”. Maciek wtedy rzucił dość mocne oskarżenie: „Co to za mordowania?! Gdzie ty nas przyprowadziłeś?!”. Uspokajałem i wyjaśniałem, jak umiałem, ale na niewiele się to zdało. Maciek wyrobił sobie wg mnie błędną opinię o Kalafiorze i nigdy już nie chciał jej zweryfikować. A szkoda, bo jeszcze ze dwie, trzy wizyty i byłby swój, a wtedy nikt by się go nie czepiał. To tzw. złota zasada jakiegokolwiek baru w którymkolwiek miejscu na świecie. Którą zresztą z samym Maćkiem przetestowaliśmy w Rumuni, w Suczawie, gdzie od lat bierzemy udział w międzynarodowych konferencjach naukowych i korzystając z wolnego czasu między wykładami (albo i podczas mniej ciekawych z nich) odwiedzamy przeróżne lokalne bary, z których wiele wygląd o niebo mniej zachęcająco niż Kalafior, ale dzięki konsekwentnej postawie i akceptacji lokalnych zwyczajów staliśmy się już swoi i nikt się nas nie czepia.

2019 r., w pobliżu Kalafiora są miejsca, gdzie odbywa się niesformalizowana degustacja alkoholu.

A, byłbym zapomniał, raz mnie z Kalafiora wyrzucono. Wiem, nie mogę się równać z notorycznymi bywalcami, których wyrzucano po wielokroć, bywało, że kilka razy z rzędu, albo nawet w jeden dzień wyrzucano ich dwa, trzy razy, a oni, jak zafiksowani, z konsekwencją bumerangów, wracali, przy tym nie kryli świętego oburzenia tak jednoznacznym faktem zdrady, jakie dopuścił się wobec nich ich ukochany bar. Niestety, zdarzało się, że do rozwiazywania nierozwiązywalnego z pozoru sporu, że ktoś chciał być tam, gdzie nie chciano go już widzieć, musiano uciekać się do pomocy ochroniarzy, którzy na swój prosty, acz skuteczny sposób, nie wnikając w niuanse, definitywnie rozwiązują każdy narosły problem. Wracam jednak do meritum; kiedyś zjawiłem się w Kalafiorze w wyjątkowo dobranym towarzystwie, byli ze mną przyjaciele, z którymi gramy w koszykówkę, czyli to był jakiś czwartek, ok. 21.30. Był więc ze mną Waldek, znany i ceniony chirurg-ortopeda, któremu Smajli powinien kiedyś wystawić pomnik, bo zawdzięcza mu wiele, choćby to że wciąż jest posiadaczem dwojga uszu, był też Marek, ceniony architekt i Krzysiek, ceniony celnik, specjalizujący się w akcyzie. Wchodzimy więc do Kalafiora, a ówczesna barmanka, zamiast ucieszyć się na nasz widok i spytać usłużnie: „Co podać?”. Wydarła się: „Wszyscy wypier… Smaili, Keivin, wypier…!”. Popatrzyłem na skonsternowanych kolegów i zacytowałem Gustawa Holoubka, który kiedyś w kawiarni Czytelnika, w podobnej sytuacja, gdy Jan Himilsbach krzyczał „Inteligencja – wypierd…” – rzekł swoim charakterystycznym teatralnym głosem : „Nie wiem, jak panowie, ale ja wypierd…”. Koledzy posłuchali mojej rady. Kilka dni później dowiedziałem się jakie były przyczyny, że dziewczyna za barem „prosiła” o natychmiastowe opuszczenie lokalu; ponoć musiała tego dnia być w domu przed 22.00, chodziło o opiekę nad dzieckiem; dużo wcześniej zapowiadała, że zamyka bar przed tą godziną. Nikt jednak się jej zapowiedzią nie przejął, ani prośbą o grzeczne zwinięcie się, skuteczna okazała się dopiero głośna reprymenda. Tak to już jest, jeśli obsługa w podobnych miejscach nie potrafi dostosować formy przekazu pod konkretnego klienta, przekaz może być zlekceważony, albo co gorsza źle odebrany. Chyba, że barman jest wprawiony w rozwiązaniach siłowych, wtedy ani forma, ani treść przekazu nie ma większego znaczenia. Dość wspomnieć czasy, gdy Koryto był barmanem w Kalafiorze; wtedy nawet firmy ochroniarskiej nie trzeba było wzywać do co bardziej krewkich klientów.

Tak, na ogół to właśnie Kalafior był Mekkę dla tych odrzuconych, czy wyrzuconych (z innych lokali). Zdarzyło nam się kiedyś spotkanie klasowe w Udanym Popołudniu, nie wiem, pewnie niektórzy pamiętają ten lokal przy ul. Słowackiego, w ładnie odnowionej piętrowej kamienicy, z dużym kominkiem, z zielonymi okiennicami; no, więc zrobiliśmy tam rocznicę matury, ale jakoś atmosfera nie była sprzyjająca, zwłaszcza od momentu, gdy obsługa sugerowała, że o dziesiątej zamykają. My po latach się spotykamy, zmienieni, ale wciąż młodzi i żądni przygód, odnawiamy przyjaźnie, wyjawiamy swoje radości i żale, pokazujemy zdjęcia przychówku, a tu ktoś nam mówi, okej, bawcie się, ale o 22 zamykamy. Nawet jakaś drobna awantura wynikła, bo już pół godziny przed zapowiadanym zamknięciem lokalu obsługa odmówiła przyjmowania zamówień, i nie podawała alkoholu… Skandal, to mało powiedziane, nam się nie mieściło w głowie, że można być tak nielitościwym dla spragnionych, nawet w Piśmie stoi jak byk, że „spragnionych trzeba napoić”, a tu takie dictum. Ale że mieliśmy własne zasoby, to zaczęliśmy sami sobie nalewać, tak zwaną metoda „spod stołu”. Wtedy nam podziękowano i zostaliśmy, że tak powiem na lodzie. Co było zrobić, zaprosiłem kolegów do Kalafiora. Moja propozycja przypadła do gustu Tadziowi, serdecznemu druhowi z czasów licealnych, poszedł ze mną do tego Kalafiora, jak w dym, i tak wsiąkł w panująca w nim atmosferę, jakby bywał tam od lat; poklepywał mnie po ramieniu i mówił: „No, taki lokal, to ja rozumiem!”. Równie pozytywną opinię wyraził kiedyś Roman Honet, poeta, o którym już wspominałem, gdym go wyciągnął z baru Groszek (był takowy w Rynku, w kamienicy w północnej pierzei), gdzie grali głośną, ale kiepską muzykę, więc nawet nie dawało się pogadać, dlatego zaciągnąłem go do Kalafiora, gdzie siedział jak urzeczony i zdawać się mogło, że już stamtąd nie wyjdzie (spokojna głowa, w końcu wyszedł, nawet nie było konieczności wzywania ochroniarzy). Niemniej zachwycony Kalafiorem był również znakomity artysta, projektant oprawy plastycznej finałów Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy i okładek zespołu Voo-Voo, Jarosław Koziara, który w 2010 roku, zaraz po wernisażu wystawy jego prac w BWA, poszedł tam ze mną i się, że tak powiem, zasiedział. Gdy wychodziłem, coś około drugiej w nocy, na moją sugestię, że „późno i może już chcesz iść się położyć spać”, odparł: „Nie, jeszcze chwilę posiedzę”. A dobrze wiedzieć, że Jarek siedział pod ścianą i zwyczajnie, po ludzku, chłonął atmosferę tego miejsca – nawet specjalnie nie pił, powiedział bym, że sączył piwo symbolicznie. Dopiero około piątej Klaudia zamówiła mu taksówkę do hotelu.

2020 r., grudzień, pandemia i zamknięty na cztery spusty Kalafior.

Przesłanie

Swego czasu siedząc smętnie przy piwie i dumając nad rezultatami wyborów samorządowych – już nie pamiętam których, ale mam wrażenie, że każde by się nadawały jako przykład – ucięliśmy sobie w Kalafiorze pogawędkę. Przerodziła się ona w głośny spór o pryncypia i imponderabilia. Ogólna konkluzja była taka, że źle się dzieje, że nieodpowiedni ludzie piastują stanowiska, że głównie karierowicze i ofiary losu imają się tego zajęcia. Nie wytrzymałem tego potoku malkontenctwa i wyciągnąłem konstruktywną konkluzję: „Panowie, żywotnie zatroskani trudną i destruktywną sytuacją panującą w naszej umiłowanej ojczyźnie, pytacie, dlaczego w czcigodnych radach miejskiej i powiatowej, w gronie samorządowców i szeroko rozumianych polityków ziemi olkuskiej tak mało jest ludzi kompetentnych, ogarniętych misją społecznikowską i chęcią działania ponad podziałami, a przy tym ludzi sympatycznych i po prostu dających nadzieję, że zrobią wszystko, by mieszkańcom Olkusza żyło się lepiej, dostatniej, szczęśliwiej? Pytacie – dlaczego wśród kandydatów nie ma fajnych osób, empatycznych, radośnie nastawionych do świata, nie wywyższających się i nie poniżających innych? Odpowiem wam, skoro pytacie; nie ma ich na listach, bo zamiast kandydować, a potem wygrywać w cuglach wybory, wszyscy ci mądrzy i błyskotliwi ludzie siedzą w Kalafiorze i piją browar za browarem. Kochani, kandydujcie, a nie tylko gadajcie! Dajcie ludziom szansę, żeby mogli na was zagłosować!”. Niestety, tej szansy nam nie dają, bo to ludzie skromni i nie szukający poklasku. A szkoda.

*

Nie ma już Czarnego Piotrusia, Przechowalni, Baszty, nie ma Udanego Popołudnia (teraz tam funkcjonuje zbór – ludzie myślą o Bogu, a nie o tym, czy wypić jeszcze jedno „kontrolne” piwo; zresztą o tym lokalu wspomnę jeszcze przy innej okazji, bo warto), a Kalafior jest, trwa – mam nadzieję – pomimo pandemii i obostrzeń, które dla tego akurat baru są bardzo dojmujące, przetrwa kolejne ćwierć wieku, a może nawet do końca świata, albo i jeden dzień dłużej…

0 0 votes
Article Rating
Subskrybuj
Powiadom o
1 Komentarz
najnowszy
najstarszy oceniany
Inline Feedbacks
View all comments
Grzegorz Koryczan
Grzegorz Koryczan
8 miesięcy temu

Widzę przeciwników plujacych jadem ale cóż się dziwić pewnie to wkurzone żony stałych bywalców 😂😅🤣