Historia olkuskiej Galerii BWA - plenery – z subiektywnej pamięci Olgerda Dziechciarza

1Historia olkuskiej Galerii BWA - Międzynarodowy Plener Malarski „Srebrne Miasto” – z subiektywnej pamięci Olgerda Dziechciarza
Nic się nie zmieniło – wciąż nas likwidują. Jeśli ktoś z Czytelników miał okazję oglądać sesję Rady Miejskiej z 28 maja, podczas której radni stosunkiem głosów 11 do 10 podjęli decyzję, by rozpocząć proces likwidacji Galerii BWA w Olkuszu, to wie, że był to żenujący spektakl, w którym w roli głównej wystąpili statyści, a ci przecież – z zasady - nie zabierają głosu.

Spektakl ów miał na celu pokazanie, że ważne jest nie li tylko zniszczenie naszej zasłużonej instytucji, ale także przy okazji poniżenie tych, którzy są przeciwni likwidacji Galerii; że nas, pracowników nie słucha się, że się nas traktuje przedmiotowo, to już wiedzieliśmy, zdążyliśmy się już nawet przyzwyczaić, ale było nam zwyczajnie przykro, że niejako przy okazji spotwarzono również naszych sojuszników, mieszkańców Olkusza, w tym artystów, jak np. prof. Stanisław Jakubas i Anna Płachecka-Śniadach, którzy przyszli na rzeczoną sesję i musieli na niej siedzieć wiele godzin, nim zostali dopuszczeni do głosu, by na końcu, po ośmiu godzinach, dowiedzieć się, że na nic ich starania, ich głos poparcia, ich nalegania, by radni się opamiętali. Nie opamiętali się, żadne rzeczowe argumenty radnych walczących o uratowanie Galerii: Łukasza Kmity, Arkadiusza Królewicza, Wojciecha Panka i Sebastiana Tomsi - nie trafiały do drugiej strony. Nikt nie podjął z nimi rozmowy, jeśli nie liczyć mętnych wywodów radnego Wojciecha Ozdoby, czy skandalicznych słów radnego Grzegorza Tomsi, który wyraził pogląd, iż powołanie Galerii BWA w 2010 r. - kiedy to samorząd olkuski przejął ją spod zwierzchnictwa Marszałka Małopolskiego - „to był błąd”. Tak, wedle tego radnego, jesteśmy „błędem”; zachowując stosowne proporcje przypomina to słynne słowa Mołotowa o II Rzeczpospolitej, jako o „pokracznym tworze traktatu wersalskiego”. Wychodzi na to, że 11 olkuskich radnych naprawia ten błąd likwidując „pokraczny twór” umowy z 2010 roku. Niestety, bezlitosny dla nas okazał się również nowy Zarząd Powiatu, który kilka dni temu dał zgodę na naszą likwidację; nie musiał tego robić – wtedy uchwała weszłaby w życie o rok później, czyli mielibyśmy jeszcze półtora roku na walkę o uratowanie Galerii - ale nie dano nam tej szansy… Tak więc zostało nam raptem pół roku. Wiemy, że wielu już nas pogrzebało, a decyzję Zarządu Powiatu potraktowano jak przysłowiowy ostatni gwóźdź do trumny, ale jak mawiał Jan Ciszewski „bramka jest okrągła, a piłki są dwie”, więc dopóki piłka w grze, wszystko jeszcze jest możliwe.

2


3

Fot.1, 2 i 3 - zdjęcia z pleneru w 2006 roku, z charakterystycznym autobusem zwanym „Naszym skarbkiem”

Kiedy odbierałem w urzędzie miasta identyfikator przewodniczącego akcji protestacyjnej pod tymże urzędem dostrzegłem na ścianie biura, gdzie mi wydano celuloidowy identyfikator trzy obrazy powstałe podczas olkuskich plenerów. W wielu pokojach urzędu miasta i starostwa powiatowego (w tym w sali obrad Rady Powiatu) znajdują się obrazy artystów, którzy uczestniczyli w olkuskich plenerach. Przez tych kilkanaście lat przekazaliśmy do obu instytucji oraz do Marszałka Małopolskiego około stu obrazów powstałych na plenerach, niektóre wiszą w biurach, na ścianach gabinetów ważnych osób, inne zostały przekazywane w postaci darów zacnym gościom tych trzech szczebli samorządu – jest to wszelako dziedzictwo Galerii, o którym również warto pamiętać.

4

5

6

Plener w 2007 roku. Stanisław Chomiczewski konno i plenerowicze przy ognisku w Udorzu.

Plenery to dla naszej Galerii święto. Święto, które trwa prawie dwa tygodnie! Dwa tygodnie ciężkiej harówki, bo zorganizowanie międzynarodowego pleneru to nie w kij dmuchał – to złożona, wielce skomplikowana operacją logistyczną, którą można porównywać z przygotowaniami do małej wojny, w której sam plener to coś, jak ostateczny blitzkrieg. Śmiejemy się, że pracownicy Galerii podczas tych przygotowań powinni się nazywać galerianami, bo roboty tyle, co na przysłowiowych galerach. Artystów trzeba wyszukać, zaprosić, a potem prowadzić z nimi wyczerpującą korespondencję, co bywa ciężką harówka, bo artyści to jeden w drugiego oryginały, bywają chimeryczni, zapominalscy, nonszalanccy, a czasem żyją w innej rzeczywistości. Dochodzi też kwestia porozumienia, zwłaszcza z tymi pochodzącymi z krajów, w których angielski nie jest w powszechnym użytku. Artystom trzeba zapewnić wikt i opierunek, oraz utensylia malarskie. Od początku plenerowicze mieszkają w schronisku Jura i to miejsce traktujemy już niemal jak własny dom. Dziś to wygodny, odnowiony obiekt, kiedyś jednakowoż było z tym dużo gorzej, bursa przypominała schronisko górskie, albo ośrodek odosobnienia z czasów stanu wojennego. To też miało swój urok, ale przyznajmy, nie dla wszystkich.

7

Plener w dniu oficjalnego otwarcia w 2008 roku.

Olkuski plener przez wiele lat odbywał się w drugiej połowie sierpnia. A ponieważ ten okres to jeden z ulubionych terminów innych plenerów, by pozyskać niektórych artystów postanowiliśmy ciut pokombinować z czasem jego organizacji. Plenery odbywały się więc z początku sierpnia, albo w lipcu, na przykład tegoroczny – już XV - odbędzie się na przełomie lipca i sierpnia. Nasza impreza od początku znakomicie wpisała się w cykl ważnych polskich plenerów: w Łagowie, Mikołowie, Kazimierzu nade Wisłą czy Osiekach. I zawsze było o niej głośno. Z roku na rok pojawiały się w naszym mieści nowe zjawiska artystyczne, przyjeżdżają nowi twórcy, którzy niemal bez wyjątku zakochiwali się w Olkuszu, a niektórzy nawet zakochują się w komisarzu pleneru i dyrektorze Galerii BWA Stanisławie Stachu. Owocem tej miłości do miasta, naszej ziemi (i dyrektora Stacha) są setki obrazów, na których uwieczniono nasze zabytki; tylko część tych dzieł u nas pozostała (w zbiorach BWA, ale także w kolekcjach, które – jak już wspominałem - przekazano Urzędowi Miasta i Starostwu Powiatowemu) oraz w zbiorach artystów – te prace trafiają na wystawy na całym świecie, do albumów i katalogów, do prywatnych kolekcjonerów. To specyficzna, bo wyrafinowana promocja Olkusza i regionu.

8

Plener 2009.Zbiorowe zdjęcie z władzami powiatu i miasta.

9

Plener 2009. W Kopalni Soli w Wieliczce.

10

Plener 2009. Z konsulem Królestwa Danii w Polsce.

Takie moje spostrzeżenie: artyści szczególnie upodobali sobie olkuską bazylikę, z dumą pokazują nam obrazy, na których ją uwiecznili. W naszej kolekcji mamy kilkadziesiąt pejzaży z tym kościołem, więc może jakimś nadmiernym entuzjazmem na kolejne płótno ze „św. Andrzejem Apostołem” nie reagujemy, ale co warto podkreślić, żaden z obrazów się nie powtarza. Drugim w kolei obiektem ich zainteresowania jest zamek w Rabsztynie, który znalazł się na obrazach m.in. Alojzego Osady, Andrzeja Sobieraja, Marcina Kołpy czy Adama Kunikowskiego; a ponoć także na dwóch pracach pochodzącego z irackiego Kurdystanu Słoweńca Adela Seyouna: „Zamek Rabsztyn latem” i „Zamek Rabsztyn wiosną”, aczkolwiek gdyby nie podpisy nie sposób byłoby się tego domyślić, bo to malarstwo abstrakcyjne. Zdarzają się jednak i bardziej wyjątkowe czy raczej mniej ambitne obiekty – Tadeusz Błoński na przykład namalował nam …salę gimnastyczną jednego z olkuskich gimnazjów, oraz wnętrze kopalni Pomorzany, Krzysztof Rzeźniczek uwiecznił pawilon handlowy na Pakusce – za to nocną porą. Prawdziwą mistrzynią ukazywaniu z pozoru mniej ciekawych budynków i miejsc w Olkuszu jest Irena Kiełtyka, która pozostawiła nam w kolekcji cykl obejmujący kilka olkuskich supermarketów (Lidl, Biedronka), dwie prace przedstawiające olkuski Mc Donald’s, a także stację benzynową Statoil (skądinąd to już historyczny widok, bo ten norweski koncern wycofał się z polskiego rynku i ktoś inny jest właścicielem tej sieci stacji paliw) i nie mniej historyczny widok kompletów garnków i patelni z olkuskiej Emalii SA. Tak, proszę Państwa, wszystko jest tematem, trzeba tylko dostrzec obraz tam, gdzie bywa, że nikt, poza artystą go nie widzi. To znaczy widzi, bo na przykład pracami Ireny Kiełtyki wiele osób się zachwyca.

11

Plener 2009. Na Starym Kirkucie w Olkuszu. 

12

Plener 2009. Ukraiński artysta Sasza Olkhov przy pracy. 

13

Plener 2009. Grupowe na zamku w Pieskowej Skale.

 14

Plener 2009. Młoda artystka ukraińska Ludmiła uwiecznia olkuską dzwonnicę.

Zastanawiając się, który plener był najbardziej udany, nie mogłem dojść do jednoznacznego wniosku. Z przerażeniem bowiem stwierdziłem, że mi się plenery zlały w jeden wielki, nieogarniony ciąg wydarzeń artystycznych! Pamiętam tylko, że pierwszy był ogólnopolski, więc drugi też był pierwszy, tylko że już międzynarodowy. Z tego ogólnopolskiego zapamiętałem, że było niebywale wesoło. Jakoś tak się dobraliśmy z artystami, że od pierwszego do ostatniego dnia nieustannie wyśmienicie się bawiliśmy. Pochodzący z Sosnowca Ryszard Serwicki w Księdze Pamiątkowej napisał: „Kochany Plenerku! (…) dzięki Tobie poznałem wspaniałych ludzi i częściowo uwierzyłem we władzę (przynajmniej jeśli chodzi o Olkusz) lokalną. Było wspaniale, choć czeka mnie żmudne i długotrwałe odchudzanie, ale jestem dobrej myśli. Olkusz jest wspaniały, choć mógłby być trochę większy i być stolicą kraju. Pozdrowienia dla wszystkich przemiłych mieszkańców, także dla uroczego Stanisława Stacha i jego (podobno dalszego kuzyna) Ojca Rydzyka”. Faktycznie, ten wpis Ryszarda przypomniał mi, że plenerowicze zawsze podkreślali, iż karmiliśmy ich tak dobrze, że aż za dobrze – w czym zasługa pań z kuchni w schroniska Jura, a ostatnio firmy cateringowej z Bolesławia. Na pewno plenerów w Olkuszu nie można zaliczyć do kategorii wczasów odchudzających, bo z reguły artystom przybywa wspomnień, wrażeń i kilogramów w pasie. Od pierwszego pleneru służyłem za przewodnika po Ziemi Olkuskiej, bo – jak uznał Stanisław Stach, co nieco o niej wiem. Oczywiście było mi miło, że mnie docenił, choć w głębi duszy czaiła się wątpliwość, czy za tym wyborem nie stoją kwestie merkantylne - ja byłem za darmo, za przewodnika z uprawnieniami trzeba by było zapłacić. Zapewniałem więc uczestnikom pokarm duchowy w postaci opowieści o regionie. Ulubioną opowieścią, o którą wielokroć upominali się artyści uczestniczący w wycieczkach, jest historia stert pustaków, które zalegają (czy zalegały) przy starych domach w Sułoszowej. Wiadomo, kiedyś był to sygnał, że w domu tym jest panna na wydaniu i zapobiegliwi rodzice gromadzili dla niej na widoku wiano w postaci pustaków, z których można było wymurować elegancki dom. W PRL-u trzeba było mieć znajomości, chody u sołtysa i jeszcze swoje odczekać, żeby zdobyć jakiekolwiek materiały budowlane. „A dlaczego te sterty pustaków są jakby zapomniane, często pokryte mchem, a nawet tu i ówdzie porosłe drzewkami?” – zadawałem sam sobie głośno pytanie. I odpowiadałem: „Bo albo panny były brzydkie, albo zbytnio przebierały w chłopakach”. Tak sporo sobie ze Stachem żartowaliśmy, więc szybko artyści przestali nam wierzyć. Pamiętam, jak kiwali głowami z niedowierzaniem, gdy im opowiadałem o pośle Ziemi Olkuskiej Marku Kolasiński, który był w tak bliskich kontaktach z Bogiem, że sam siebie wyświęcił na księdza i w stosownym przebraniu został aresztowany na Słowacji. Wspomniałem o wycieczkach; fakt wycieczki po regionie to wisienka na torcie olkuskiego pleneru. Właśnie z wycieczek jesteśmy najbardziej znani. Ale o wycieczkach za chwilę.

15

Plener 2011. Na zamku w Bobolicach.

16

17

Plener 2011. Ryszard Rogala uwiecznia zamek w Bobolicach.

18

Plener 2011. Na pustyni (Puszczy) Błędowskiej.

Kiedy pomyślę, który plener pamiętam najlepiej, to w pierwszej kolejności przychodzi mi na myśl, trzeci w ogółem, a drugi międzynarodowy, czyli z roku 2006. Już nieco okrzepliśmy, więc zaplanowaliśmy całą masę atrakcyjnych wycieczek. Z perspektywy czasu myślę, że chyba nawet było ich za dużo i trzeba było mieć końskie zdrowie, żeby je wszystkie przetrwać. Ale ważne, że artyści nie grymasili, tylko z werwą wsiadali do … No właśnie. To pierwsza rzecz, którą zapamiętałem. Wszędzie woził nas stareńki autosan – należący do dziś już śp. olkuskiego PKS-u. Już pierwszy z nim kontakt wywołał u wszystkich szok. Ja tam lubię wszelkie niespodzianki, ale widząc co podjeżdża pod schronisko na Pakusce, przestraszyłem się, że artyści nie wykażą entuzjazmu dla tak archaicznego pojazdu. Na szczęście moje obawy okazały się bezpodstawne. A było tak: na placyk pod Zespół Szkół (Budowlanka) podjechał mocno zmęczony autobus, tak na pierwszy rzut oka 25-letni, pokryty podniszczonymi reklamami i rdzą; tylną klapę miał odchyloną, żeby silnik się zbytnio nie nagrzewał, słowem – standard, jak za wczesnego Jaruzelskiego, a może nawet późnego Gierka. Pomyślałem, że to prowokacja artystyczna i dyrekcja olkuskiego PKS-u chce sprawdzić, czy mamy poczucie humoru. Szczęściem – mieliśmy. Plenerowicze momentalnie nadali autobusowi sympatyczną nazwę „Nasz skarbek”, a zainspirowała ich do tego widniejąca na burcie wozu duża reklama Domu Handlowego „Skarbek” w Olkuszu (prócz niej były tam jeszcze reklamy m.in. mebli i szaf rozsuwanych). Srebrny szerszeń – druga z nazw nadana autosanowi – okazał się wozem całkiem sprawnym. I choć początkowo powątpiewaliśmy w historię opowiedzianą nam przez kierowcę, że staruszek raptem miesiąc wcześniej przeszedł - i to pomyślnie - przegląd techniczny, to „Nasz skarbek” nie zawiódł nas, jechał bez zarzutu, nawet pod górkę. Co więcej sprowokował lawinę anegdot na tematy motoryzacyjne. „To jeszcze nic! – zapewniał malarz Romuald Kołodziej, i opowiedział historię, jak to pracował w jakimś pegeerze i tam obok tego PGR-u było miasteczko Lipsk. Razu pewnego koleżanka Kołodzieja wydała kierowcy ciągnika polecenie służbowego wyjazdu do Lipska. Mężczyzna ciut się zdziwił, może nawet zafrasował, ale summa summarum nic nie powiedział i wyszedł z biura. Na drugi dzień zadzwonił, że stoi na granicy, ale strażnicy nie chcą go puścić dalej, do Lipska, bo nie ma żadnych papierów. Chłop – jak się okazało – ubrał się w garnitur wyjściowy, taki kościółkowy, zamiast gumofilców włożył wypastowane czarne półbuty, wypachnił się, wsiadł do traktora i ruszył do DDR-u. Gdy mu sekretarka wyjaśniła, że chodziło o mazowiecki Lipsk, leżący kilkanaście kilometrów obok jego PGR-u, pewnie się trzasnął ręką w czoło.

19

Plener 2012. Artyści na rozgrzebanym olkuskim rynku.

20

21

22

23

Plener 2012. Zdjęcia z Balu Kosmitów: m.in. Józef Marzec, Stanisław Stach, Dorota Waligóra i zbiorowe szaleństwo.

Z kolei pochodzący z Torunia prof. Andrzej Guttfeld z żoną Małgorzatą, wspomnieli o swoich znajomych, malarzach, którzy w latach 80-tych pojechali samochodem do Francji, gdzie mieli mieć wystawę. Ludzie i obrazy jechali starą jak świat Nysą. Straszny rzęch z niej był, a dodatkowo po drodze stracili przednią szybę, a że to była zima, to zmuszeni byli jechać w kożuchach, czapkach, szalikach, rękawiczkach, no po prostu okutani w co się dało. Zatrzymali się na jakimś parkingu, żeby się ogrzać gorącą herbatą, bo już im mięso odchodziło od kości, tacy byli przemarznięci. Wychodzą z samochodu i widzą dwóch Francuzów, którzy nad czymś dumają. Tu Andrzej dodał, że Nysa nie miała jednej litery w nazwie, no gdzieś się zawieruszyła podczas wyczerpującej eksploatacji. I Francuzi zastanawiając się skąd u licha wziął się ten dziwny samochód i jaka firma go wyprodukowała? Zasugerowali się tą zniekształconą nazwą – jeden z mężczyzn nagle krzyknął uradowany: „Wiem, to chyba jakiś wczesny model Nissana”. Zaraz inny artysta, już nie pamiętam kto, dodał, jak to kilka lat wcześniej jechał starym autobusem do Włoch, konkretnie do księstwa San Marino, i się okazało, że polski rzęch miał tak duży promień zwrotu, że zablokował cały ruch w tym księstwie. Na słynnych serpentynach, którymi wspina się do tego znanego głównie ze znaczków i wina państewka, dzielny polski autobusik musiał jakże liczne zakręty brać na trzy razy, więc za nim ustawiła się wielokilometrowa kolejka włoskich samochodów, pojawiła się policja, znaczy karabinierzy, chyba nawet lotnictwo brało udział w rozwiązaniu tej patowej sytuacji. Wstyd był wielki. Coś w temacie wstydu przeżyliśmy, gdy „Naszym skarbkiem” podjechaliśmy na Wawel, gdzie trwała wystawa malarstwa jednego z uczestników pleneru, świetnego pejzażysty już ś.p. Jerzego Gnatowskiego; zatrzymaliśmy się na parkingu między dwoma super, hiper, lux wypasionymi autokarami zagranicznymi, o kosmicznych sylwetkach, lśniących chromami; mając tak luksusowe autokary po bokach nawet nasz kierowca się zawstydził i zaraz po tym, jak wypuścił nas z dusznego wnętrza autobusu… dał dyla! Kończąc już wątek motoryzacyjny, wspomnę tylko, że gdy w kolejny dzień, na wyjazd do Ogrodzieńca podstawiono nam ciut młodszy model Jelcza, wszyscy byli zasmuceni brakiem „Naszego skarbka”.

24

Plener 2012. Plenerowicze pod Maczugą Herkulesa.

25

Plener 2012. Otwarcie wystawy poplenerowej. 

Pewnie zastanawiają się Państwo, czy artyści nie mają ciekawszych tematów do rozmów? Otóż zapewniam, że mają: np. dyskutują o sztuce i jej tworzeniu… Ale jednak nie za często, bo, jak wiadomo, najwięcej o sztuce rozmawiają wyłącznie beztalencia, a prawdziwych artystów zajmują dyskusje o kobietach (mężczyznach), alkoholu i pieniądzach (tak przynajmniej twierdził genialny pianista Artur Rubinstein).

Z tego samego pleneru zapamiętałem również jakże udaną wycieczkę do Doliny Prądnika, gdzie zwiedzano zamek w Pieskowej Skale, a tamże wystawę strojów z filmu „Ogniem i mieczem” (mam w pamięci, że Staszkowi Stachowi było bardzo do twarzy w sukni Helena Kurcewiczównej) oraz coś, co zachwyciło artystów, także tych zagranicznych: przeniesiona z Wawelu ekspozycja dawnej sztuki i malarstwa polskiego oraz europejskiego. Plenerowicze przecierali oczy widząc w zamku pieskoskalskim działa Courbeta, Delacroixa, Matejki, Michałowskiego, Fałata, Boznańskiej, Podkowińskiego, Malczewskiego, Fangora, czy Stażewskiego. W zwiedzaniu nie przeszkadzały im nawet niewygodne, ślizgające się kapcie. W restauracji zamkowej posilono się wyśmienitym serniczkiem, zmyto kurz z gardła odpowiednio schłodzonymi płynami, a z tarasu widokowego pozachwycano się cudownymi pejzażami Doliny Prądnika. Z zamku udano się do Ojcowa, gdzie oglądnięto wystawę przyrodniczą w Muzeum im. Władysława Szafera (dziś to już w pełni mutimedialna ekspozycja). Na trawniku przed muzeum malarka Ewa Kutermak-Madej i pastelista Marcin Kołpa wyszukali garść czterolistnych koniczyn i rozdali je uczestnikom pleneru – wiadomo, na szczęście. Tego samego dnia zajrzano też na zamek w Korzkwi, którego właściciel, Jerzy Donimirski podniósł zabytek z ruin. Z pamięci wyłania się obraz artystów przytulających się do pobrużdżonej kory siedemsetletnich jesionów rosnących przy alei dojazdowej do zamku. W kolejnym dniu była wycieczka do Krakowa; podczas krakowskich eskapad najczęściej zaglądano do Muzeum Narodowego, żeby obejrzeć jakąś ciekawą wystawę tematyczną: Leona Tarasewicza, Magdaleny Abakanowicz, czy scenografii do filmów Stanleya Kubricka. To podczas tego - hardkorowego, jeśli chodzi ilość wycieczek - pleneru zaglądnęliśmy też do Jaskini Nietoperzowej. Tam, w głębi ziemi, zaznaliśmy absolutnej ciemności, bo przewodnik zgasił latarkę. Ktoś jednak szybko włączył komórkę i czar prysł. Po wielokroć byliśmy też w klasztorze w Czernej, to tam można podziwiać drogę krzyżową, na którą składa się 14 monumentalnych kamiennych figur autorstwa rzeźbiarza Alfreda Kotowskiego. Nie mniejsze wrażenie od samej kalwarii wywierała też tamtejsza publiczna ubikacja, gdzie ogólną wesołość wzbudzała metalowa skarbonka z informacją, że zbiera się tam „Ofiarę na WC”.

26

Plener 2012. Wpis do Księgi Pamiątkowej z rysunkiem Krzysztofa Rzeźniczka.

27

Plener 2012. Świniak pieczony na zamku w Rabsztynie.

Z sentymentem wspominam też III Plener, z 2008 roku, podczas którego grono artystów zwiedzało nadzwyczaj wiele miejsc, w tym Wawel, Muzeum Czartoryskich, gdzie podziwiali Damę z łasiczką i krakowską Galerią Bunkier Sztuki i klasztor w Czernej, a na szeroko rozumianej ziemi olkuskiej, poza Olkuszem, także Rabsztyn, Pieskową Skałę, Ojców, Ogrodzieniec, Dolinkę Bolechowicką i Udórz. Ta ostatnia miejscowość najmocniej utkwiła mi w pamięci, bo to tam pierwszy i jedyny raz w życiu jeździłem konno. Zresztą nie tylko ja, bo chyba podobnie było z większością uczestników tej peregrynacji. A wszystko to za sprawą artysty malarza, jednego z najsławniejszych polskich „koniarzy”, znaczy malarzy, którzy kochają konie i je malują, to jest Stanisława Chomiczewskiego, zwanego „Chomikiem”, człowieka o duszy sarmackiej, rozległej jak Stepy Akermańskie. Chomik ma w życiorysie olkuski etap, kiedy to po studiach trafił do naszego miasta, mieszkał w nim sporo lat, nawet się zadomowił, niewiele zabrakło, aby został właścicielem dworu w Porębie Dzierżnej, ale jednak w pewnym momencie Olkusz porzucił i przeniósł się do Uhrynia pod Nowym Sączem. Chomiczewski słynie z kapitalnego naśladowania głosu Wiktora Zina, słynnego prowadzącego telewizyjny program „Piórkiem i węgle”, w którym z charakterystycznym wschodnim zaśpiewem opowiadał o dawnym polskim budownictwie. Kiedyś prof. Zin był w Olkuszu, po spotkaniu z miejscowym środowiskiem artystycznym odbyło się mniej formalne spotkanie w „Konsumie” (dobrze zaopatrzony lokal dla …milicjantów), gdzie spożywano to, co tygrysy (i milicjanci) lubią najbardziej. Profesor Zin w pewnej chwili przeprosił wszystkich, że musi jednak już jechać do Krakowa, pożegnał się i wyszedł. Ledwo zamknęły się za nim drzwi, a Stanisław Chomiczewski zaczął naśladować profesora Zina. Wszyscy dobrze się bawili, na tyle dobrze, że nie zauważyli, iż profesor Zin wrócił do konsumu, bo bodajże czegoś zapomniał, więc zeszła dłuższa chwila, gdy wreszcie dostrzeżono go stojącego w drzwiach i w pełnym zdumieniu słuchającego …samego siebie. Powiedzieć, że Stanisław Chomiczewski zna się na koniach, to truizm, bo jemu konie jedzą z ręki. Pierwszy raz zobaczyłem coś takiego pod Rodakami, gdy z okien autobusu wypatrzyliśmy stadko koni, Chomiczewski natychmiast wyskoczył z samochodu, podszedł pod ogrodzenie, za którym spokojnie skubały trawę koniki; coś zagwizdał, wydawał z siebie także jakieś inne dźwięki, dość powiedzieć, że po chwili wszystkie konie były przy nim i traktowały go, jak …szefa. Jakbym widział Roberta Redforda w „Zaklinaczu koni”. Chomik postanowił przybliżyć nam te piękne zwierzęta, więc wymyślił wycieczkę do stadniny w Udorzu, którą kiedyś współtworzył. Pamiętał więc jej początki o których z chęcią opowiadał. A że gawędziarz jest z niego wyśmienity, to z zainteresowaniem słuchaliśmy np. o bytności w Udorzu Jana Kowalczyka, przyszłego mistrza w skokach na Igrzyskach Olimpijskich w Moskwie, który szukał tu dla siebie konia czy innych słynnych polskich jeźdźcach. Potem Stanisław postanowił też zrobić z nas …jeźdźców; instruował więc szczegółowo, jak siedzieć w siodle, jak trzymać lejce, gdzie mają być pięty. Nie wszyscy się zdecydowali, ale kto dał się namówić na jazdę, ten nie żałował. I ja się dałem, i ponoć nawet nieźle mi poszło, dowodem czego był fakt, że z konia nie spadłem i karku nie skręciłem. A po ujeżdżaniu było smażenie na długich drągach kurczaków, które wcześniej Chomik, znakomity kucharz, trzymał w specjalnie przez siebie przyrządzonej zalewie; ich smak mam do dziś w ustach, bo ogólnie kurczaki mi się przejadły, ale te, z ogniska w Udorzu, z końca sierpnia 2008 roku były zjawiskowe, jak sam IV Międzynarodowy Plener Malarski „Srebrne Miasto”.

28

 

Plener 2016. Artyści z bazylika olkuską w tle.

29

30

Plener 2016. Wspomnienie z balu przebierańców: Dorota Waligóra jako Stanisław Mazuś i Stanisław Mazuś. Autor wspomnienia jako czołgista i Karol Mazuś jako panna młoda.

Inna wycieczka równie mocno zapisała się w mojej, i myślę, że nie tylko mojej pamięci. To była bodaj najbardziej niezwykła wycieczka w historii olkuskich plenerów; wyjazd na zamek w Ogrodzieńcu (Podzamczu) zapowiadał się na fajną eskapadę do efektownego Orlego Gniazda. Emocje nie były zaplanowane, raczej spokojne zwiedzanie, wsłuchiwanie się opowieści o dawnych właścicielach Firlejach, podziwianie widoków… Nic bardziej mylnego – to była walka o przetrwanie! Zrazu było spokojnie. Całkiem ładna pogoda; autobus podwiózł nas pod zamek, ale z powodu dużego ruchu, nie wjechaliśmy do centrum, tylko wybraliśmy dojazd od tyłu, od strony drogi na Pilicę. Wszyscy, poza koleżanką z ekipy BWA Lucyną, której nie chciało się oglądać zamku i została w autobusie (od tej pory podejrzewam ją o dar prekognicji), ruszyli zdobywać zamczysko. Jakieś ciemne chmury pojawiły się na horyzoncie, ale byliśmy pewni, że nim spadnie deszcz zdążymy zwiedzić zamek. Weszliśmy na dziedziniec, potem szwendaliśmy się po zamku, gdy już schodziliśmy, nagle zrobiło się ciemno – w środku dnia zapadła noc! A potem jak nie lunęło; w porzekadłach ludowych mówi się, że „leje jak z cebra”. Tymczasem lało, jakby ściany wody spadały z nieba na nasze biedne głowy. Do tego wiało, że dalibóg zdało nam się, że to dzień sądu ostatecznego nastąpił i niestety tegoroczny plener nie zostanie zwieńczony wystawą prac na nim powstałych, tylko mszą żałobną za dusze artystów poległych pod Ogrodzieńcem… Pamiętam jak biegliśmy do autobusu w strugach deszczu, jak profesorowi Romanowi Banaszewskiemu spadły okulary i szukał ich po omacku w kałuży. Widzę któregoś z artystów jak na śliskiej od wody ziemi wywija klasycznego orła, a potem podnoszony przez kolegów, niczym bohaterska sołdat z radzieckich filmów batalistycznych rzuca: „zostawcie mnie, ratujcie kobiety”. I wreszcie ten moment, który miał być ratunkiem, a mało nie brakło, a stałby się zagładą, czyli chwila gdy dopadliśmy do miejsca, gdzie stał autobus, no właśnie, wcześniej stał, bo wtedy go …nie było. Do kierowcy, czy Lucyny nie dało się dodzwonić, bo komórki nie działały, albo przemokły, albo nie było sygnału. Pamiętam grupkę artystów z Iwoną stojących pod jakimś rachitycznym drzewkiem, jakby im to miało pomóc przed walącym się z niebios Armagedonem. Wyszedłem na drogę główną, powinienem napisać, że przedarłem się, bo woda na drodze była do kolan, to była rzeka o rwącym nurcie, a nie droga. Przeszło pół godziny spędziliśmy w tak brzydkich okolicznościach przyrody, walcząc z żywiołami, nim autobus powrócił. Przemoczeni do suchej nitki, wyczerpani, zdenerwowani wsiedliśmy do wozu, gdzie szczerze zdumiony kierowca starał się nam wyjaśnić, że nijakiej winy po jego stronie nie ma, bo musiał odjechać, gdyż nie miał gdzie zaparkować – pozostawaliśmy jednak głusi na jego tłumaczenia. Lucynka, sucha i zadowolona, też budziła nienawiść. Jakoś się wszyscy zebrali, zarządzono więc powrót do Olkusza, z czasem humory jęły się poprawiać, ten i ów zaczął dowcipkować, po chwili cały autobus śmiał się z sytuacji, choć zrazu był to śmiech przez łzy. Naraz ktoś rzucił słowa, które nami wstrząsnęły: „Nie ma Andrzeja Kacperka! Ktoś widział Andrzeja?” Zamarliśmy. Rozglądaliśmy się, ale sytuacja przypominała tę z Kubusia Puchatku - im bardziej Andrzeja szukaliśmy, tym bardziej go nie było. Zgubiliśmy artystę! Co teraz zrobić? Wracać? Chyba nie ma innego wyjścia, uznano, w końcu Andrzej, świetny pejzażysta z Mysłowic, w pełni zasługiwał, żeby go ocalić. Zawróciliśmy więc. Dojeżdżając do Podzamcza byliśmy jak najgorszych myśli. Wizualizowaliśmy sobie malarza w całkowicie przemoczonym, ubraniu, przerażonego sytuacją, wściekłego i pełnego pretensji, że o nim zapomnieliśmy… Nic z tych rzeczy; Andrzej przywitał nas stojąc w lekkim deszczyku pod parasolką, którą – jako człowiek zapobiegliwy – miał ze sobą. Okazało się, że nawałnicę przetrwał bez szwanku w … barze piwnym pod zamkiem. Nie krzywdował tam sobie.

31

Plener 2016. Uczestnicy pleneru na tle ruin zamku w Rabsztynie.

32

Plener 2016. Karol Mazuś podczas pleneru i wernisażu wspólnej wystawy jego malarstw i jego ojca Stanisława Mazusia.

Wspomnienia bywają ulotne, ale czasem wystarczy drobiazg, szczegół, by zapamiętać jakieś wydarzenie. W tym wypadku to był dość spory szczegół, bo wielkości prosiaka. Szczegół był pieczony, ufundowany przez firmę cateringową Sokół. Pyszny, otoczony niebywale smaczną kaszą z wątróbką. Artyści skonsumowali prosiaka w ruinach zamku w Rabsztynie. Warownia – jak zawsze - zrobiła na nich niesamowite wrażenie, tym bardziej, że po zamku oprowadzał i o jego historii ciekawie opowiadał Jacek Sypień, przesz Stowarzyszenia „Zamek Rabsztyn”. Ukraińscy artyści, Anatol Martyniuk i Ivan Turetsky (jego autorstwa jest projekt godła państwowego Ukrainy) z otwartymi ustami słuchali historii o dzielnym Kozaku Hawryle Hołubku (po ukraiński to nazwisko oznacza gołąbka), który wraz z załogą Rabsztyna odparł w 1578 roku atak wojska uzurpatora do polskiej korony arcyksięcia Maksymiliana Habsburga. Artyści z pełnym uznaniem odnosili się do prac ratunkowych na zamku i nie widzieli niczego zdrożnego w moim ciut żartobliwym stwierdzeniu, że: „Zaplanowano, że po zakończeniu prac rekonstrukcyjnych zamek będzie dwa razy większy niż kiedyś!”. Nieco podobnie sobie dworowałem przy okazji Pustyni Błędowskiej, którą swego czasu ochrzciłem mianem „Puszczy Błędowskiej”; przez lata artyści patrzący ze wzgórza Czubatka na pustynię, faktycznie widzieli hen po horyzont las i nie kryli zawodu. Na szczęście w ramach rewitalizacji przywrócono spory kawał prawdziwej pustyni i już nie ma obciachu.

33

34

Plener 2016. Dwa zdjęcia zbiorowe plenerowiczów. 

Wspomnę też, że przez kilka lat plenerowicze jeździli do kopalni soli w Wieliczce. Tak, Wieliczka robiła wrażenie, zwłaszcza na zagranicznych malarzach, którzy o tej średniowiecznej kopalni soli z reguły nic nie wiedzieli. Ale kiedyś postanowiliśmy za zgodą zarządu Zakładów Górniczo-Hutniczych „Bolesław” w Bukownie pokazać artystom Kopalnię „Pomorzany”. I ona też, jak się okazuje, robi wrażenie, może nawet większe niż Wieliczka, bo zwiedza się działającą kopalnię. Najpierw jest przymierzanie ubrań ochronnych, kasków, gumiaków, montaż lamp na kaskach, szkolenie BHP itd. Potem następuje szaleńczy zjazd samochodami, bo do kopalni, na te 100 metrów głębokości zjeżdża się samochodami terenowymi. W ciasnych korytarzach, co rusz przebijając się przez płachty mając zapobiegać przeciągom, zjeżdża się w krainę wilgoci i ciemności, ciężkich maszyn i hałasu. Atawistyczne i jednocześnie postindustrialne przeżycie. No, ale kopalnia – jak BWA - też ma być zlikwidowana, więc pewnie za niedługo takie wycieczki odejdą do lamusa.

35

Plener 2016. Stanisław Stach w nowej niezwykle twarzowej fryzurze.

Przez kilka lat charakterystycznym elementem pleneru były bale przebierańców organizowane w schronisku Jura. To już było istne szaleństwo! Najsłynniejsze był bal wampirów, a na nim Józef Marzec w ciut za małym, bo dziecięcym, ale adekwatnym stroju Mefista (ach, jakąż Józio miał zachwycającą pelerynkę, różki i widełki), do tego niewiasty ze śladami po ugryzieniach na szyi, a Dorota Waligóra z nietoperzem na ramieniu, albo i wplecionym we włosy – wyglądała jako żywo, czy raczej nieżywo, wyjęta z planu „Nieustraszonych zabójców wampirów” Polańskiego. Drugim niemal równie sławnym był bal kosmitów, a dokładnie Marsjan z 2012 roku. Mars, jak wiadomo, to planeta w Układzie Słonecznym, z której – wedle niektórych teorii scjentologicznych - pochodzą artyści, stąd i główne hasło ówczesnego pleneru „Artyści są z Marsa”. Nawiązujące do tego hasła logo pleneru (dwa pokraczne twory, jako żywo z Marsa) zaprojektowała kuratorka pleneru Dorota Waligóra. Znalazło się ono na oficjalnych koszulkach plenerowych i było inspiracją dla kreacji na bal przebierańców. W ruch poszły rurki peszla, folia aluminiowa, okulary dla spawaczy i inne precjoza, z których powstały zapierające dech w piersiach kostiumy na. Być może czytając te słowa niektórzy mieszkańcy Pakuski wreszcie się dowiedzieli, co zobaczyli na swoim osiedlu w pewien późny sierpniowy wieczór przed siedmiu laty, bo przebrani za Marsjan artyści urządzili sobie spacer miedzy blokami tej urokliwej dzielnicy. Możecie mi wierzyć na przechodniach robili piorunujące wrażenie. Piękny był też bal przebierańców w 2016 roku, podczas którego Dorota Waligóra przebrała się za …malarza Stanisława Mazusia, uczestnika tegoż pleneru. Z kolei jego syn, Karol, również artysta, zaskoczył wszystkich piękną kreacją panny młodej i świetnymi nogami, które wzbudziły zazdrość u niejednej z pań. Oczywiście wszyscyśmy pannę młodą obtańcowali. Nie do poznania był za to Stanisław Stach, który wyglądał jak zaginiony piąty członek The Beatles! W tymże balu wystąpiłem jako czołgista, ale największe wrażenie zrobiłem na jednym z pierwszych balów – gdy pojawiłem się w stroju górnika - wypożyczyłem go z Muzeum Regionalnego PTTK. Mundur leżał jak ulał, a wiadomo, że za mundurem panny sznurem, więc miałem przysłowiowe branie.

36

Plener 2018. Plenerowicze na schodach Dworku Machnickich. 

Jednak plener najbardziej kojarzy się z artystą, który rozkłada sztalugi, wyciąga karton, farby, maluje zmieniający się z godziny na godzinę pejzaż. Przyznam się Państwu, że bywały lata, że mimo usilnych starań nie mogłem dorwać uczestnika w plenerze, albo się tak dobrze zaszywali, albo wybierali miejsca, gdzie się ich nie spodziewałem. Pod kościołem, choć tyle osób go namalowało, widziałem tylko plakacistę Ryszarda Rogalę – w jego charakterystycznym kapeluszu typu Borsalino oraz Marcina Kołpę. Spytałem Marcina, jak mu się malowało, stwierdził, że ciężko, bo ludzie zaglądali mu przez ramię i cmokali z zachwytu. Długo tego cmokania nie wytrzymał; zwinął sprzęt i obraz kończył w swoim pokoju. Ryśkowi Rogale cmokanie nie przeszkadzało, bo pamiętam, że pod zamkiem w Bobolicach pół pleneru stało wokół niego i cmokało, a on spokojnie sobie malował akwarelami i ręka mu nie drgnęła.
Nie dziwne więc, że będąc w tak pięknych miejscach i mając tak liczne atrakcje, artyści – bywa – nie chcą wyjeżdżać. Kiedyś się tak zasiedzieli, że dyrektor Stach zagroził wezwaniem straży miejskiej, żeby ich usunęła siłą. Miejmy nadzieję, że historia olkuskich plenerów nie zakończy się na tegorocznym – XV Międzynarodowym Plenerze, bo nie tylko byłaby to wielka szkoda dla kultury, ale po prostu takie fajne historie nie powinny się szybko kończyć.

37

38

Wybrane wpisy do Księgi Pamiątkowej olkuskiego pleneru, m.in. Stanisława Chomiczewskiego, Jerzego Tyburskiego.

Osoby ważne w organizacji plenerów.
Stanisław Stach, czyli Stach do kwadratu. Malarz, grafik, a także założyciel i dyrektor Galerii Sztuki Współczesnej Biuro Wystaw Artystycznych w Olkuszu, pomysłodawca pleneru, jego Alfa (samiec), Omega (bo wciąż zerka na zegarek, jakby się dało taki plener zrobić z zegarkiem w ręku) i Gamma (promieniująca od niego niespożyta energia). Każdy artysta to trochę wariat, Staszek idzie jednak zawsze na całość, więc to w istocie kompletny wariat. O jego szaleństwach krążą legendy już nie tylko po Polsce, ale nawet Europie, a może i na Marsie też już o nim słyszeli i obawiają się inwazji. Nie wszyscy są w stanie go ogarnąć, ale on jest w stanie ogarnąć wszystkich. Był już w swoim życiu górnikiem, nauczycielem, brali go za księdza, ale najbardziej pasuje do niego zawód dyrektora i niech tak zostanie do końca świata, a nawet o jedną kadencję samorządu dłużej.
Iwona Pieniążek i Lucyna Karoń. Dwie gracje, zatrudnione w administracji Galerii BWA, które dbają o sprawy organizacyjne. Bez nich nic by nie było, a już na pewno nie byłoby pleneru, bo ktoś musi zorganizować transport, noclegi i wyżywienie (jeden artysta jest wegetarianinem, następny weganinem, a tamta pani to w ogóle frutarianka zreformowana i je tylko owoce z certyfikatem, że zostały zebrane z ziemi, a nie zerwane z drzewa). Dziewczyny poświęcają się dla sprawy całymi sercami, a że mają wielkie serca, to i ich poświecenie jest wielkie. A po wszystkim plener musi zostać rozliczony, w czym macza palce trzecia „bewuowska” gracja – księgowa Olga Włodarczyk-Lau.

39

40

Wybrane wpisy do Księgi Pamiątkowej olkuskiego pleneru, m.in. Małgorzaty Lalek, Anastasi i Frantza Goloba. 

Dorota Waligóra. Malarka i rzeźbiarka z Bagicza pod Ustroniem Morskim. Uczestniczka wielu plenerów olkuskich. I ich odwieczna kuratorka. Równie szalona jak Stanisław Stach, a może nawet bardziej… Jej poświecenie dla olkuskiego pleneru jest bezgraniczne, czego dowodem fakt, że kiedyś, podczas wycieczki na zamku w Pieskowej Skale złamała sobie dwa żebra (wiem, kto ponosi winę za te żebra, ale nie mogę napisać, bo dyrektor Stach mnie by też złamał kilka żeber), a mimo została do końca pleneru. To ona odpowiadała za pomysły z balami, ze koszulkami plenerowymi (np. z nadrukiem w postaci zdjęcia Stanisława Stacha z komputerowo powiększonymi oczami i podpisem „ST(r)ACH ma wielkie oczy”). Zbieżność nazwiska z krakowskim rzeźbiarzem, Janem Waligórą, który w XIV wieku dotkliwie pobił Jana Wielkiego, twórcę olkuskiego poliptyku, być może jest nieprzypadkowa – sama artystka nigdy tego nie wykluczyła.

41

42

Wybrane wpisy do Księgi Pamiątkowej olkuskiego pleneru, m.in. Tadeusza Błońskiego i Justyny Grabowskiej (dziś Błońskiej) oraz Heleny Zadrejko.


Lista krajów, z których artyści brali udział w olkuskim plenerze: Polska, Czechy, Słowacja, Słowenia, Gruzja, Niemcy, Białoruś, Ukraina, Dania, Holandia, Bułgaria, Rumunia, Chiny, USA, Grecja, Francja, Włochy, Meksyk. W gronie najczęstszych bywalców pleneru znaleźli się: Dorota Waligóra, Anna Płachecka, Anita Baenish-Juda, Emilia i Andrzej Sobierajowie, Vratislav Varmuża (Czechy), Tadeusz Błoński, Krzysztof Grajczarek, Marcin Kołpa, Tomasz Awdziejczyk, Anatol Martyniuk (Ukraina), Józef Marzec i Stanisław Jakubas.


Komentowanie dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników. Zaloguj się lub załóż nowe konto.