globtroter_001

Etiopia – dawniej Abisynia. Powierzchnia kraju 1133 380 km kwadratowych. Ludność 67 673 000 mieszkańców. Stolica: Addis Abeba. Czytelnikom kraj ten kojarzy się z reportażem Ryszarda Kapuścińskiego „ Cesarz”, historykom z wojną włosko-abisyńską, religioznawcom z opowieściami o królowej Saby, dziejami chrześcijaństwa, które w Abisynii zostało zaszczepione w IV wieku, jako w jednym z pierwszych trzech krajów na świecie i 160 kościołami skalnymi wyciętymi w niedostępnych górach nad jeziorem Tana. Miłośnikom legend – z Arką Przymierza, znajdującą się podobno w jednym z etiopskich kościółków, znawcom sportu – z etiopskimi mistrzami olimpijskimi w długich biegach, geografom – ze źródłami Nilu Błękitnego. Takich skojarzeń moglibyśmy przywołać jeszcze więcej. Bywalcom Klubu Globtrotera będzie się kojarzyć z rewelacyjną prelekcją Pawła Stefaniuka z dnia 14 marca br, który ze swoją narzeczoną i przyjacielem przez 5 tygodni wędrował po tym kraju i wykonał, jak mówi, kilkaset zdjęć. Część z nich, wraz z fachowym komentarzem, przedstawił na tym spotkaniu.

Emocje w trakcie prelekcji były różne. Etiopia to kraj niewyobrażalnej nędzy, gdzie ludzie umierają z głodu na ulicach (średnia długość życia 43-45 lat), ogromnej ilości dzieci oblegających każdego turystę, rolnictwem, jak za czasów faraonów, bandyckich napadów w jasny dzień na centralnej, stołecznej ulicy, które nikogo nie interesują i wszechobecnych pcheł… A równocześnie kraj, w stolicy którego codziennie, od rana do wieczora, setki ludzi ćwiczą bieganie. Symbolicznym obrazem tego kraju może być olbrzymi bazar stołeczny „Merkato”, gdzie można stracić dobytek, dokumenty, a bywa, że i życie, w niczym nie przypominający sympatycznych arabskich suków. Jak mówi prelegent: Etiopią rządzą trzy mafie: kościół, rząd i brokerzy. Kościół, jako instytucja żądająca za zwiedzanie – nawet skromnego kościółka – astronomicznych opłat, rząd, który podzielił ludzi na swoich i obcych, od których za hotel bądź możliwość wyjścia w góry, czy na pustynię, żąda horrendalnych opłat, nawet do 3 tysięcy dolarów od osoby. Za wszystko trzeba płacić, nie wiedząc, czy nie będzie się oszukanym. Prawdziwą zakałą tego kraju są brokerzy, zorganizowane, bezczelne grupy mężczyzn działających na kształt prymitywnej mafii. Brokerzy są wszędzie. Jeśli tego turysta nie wie, może stracić nie tylko pieniądze, ale i życie. Taka Etiopia nie budzi sympatii.

Etiopia ma długą, bogatą historię, o której mówił prelegent. Jest państwem wielonarodowym, co powoduje ciągłe wojny plemienne. Wielojęzycznym z jednym językiem państwowym, wieloreligijnym, z przewagą wyznawców autokefalicznego etiopskiego kościoła koptyjskiego. Ślady przeszłości można znaleźć w pozostałościach dawnej stolicy – mieście Gonder, z ruinami potężnych fortalicji i ogromnymi, na 30 metrów wysokimi stelami wykutymi w kamieniu. Na ogół  historię Etiopii znamy z ostatniego wieku, czasów panowania cesarza Haile Selasjego i jego krwawego następcy Hailistu Mariam.

Jest i druga Etiopia – kraj o niezwykłej, jakby semickiej urodzie dzieci i kobiet, ale przede wszystkim urodzie  przestrzeni. Tego się nie da opowiedzieć, nawet sfotografować, to trzeba zobaczyć. Góry o wysokości  ponad 4 tys. metrów npm, z klifami kilkuset metrowej głębokości, u podnóża których rozsiadły się nędzne wioseczki. Wodospad o wysokości 400 metrów na Nilu Błękitnym. Wulkan, w którego kraterze gotuje się rozpalona lawa (niezapomniany widok nocą) i słychać głuche odgłosy gdzieś z trzewi matki-ziemi. Solne góry olbrzymiej wysokości, z których po odparowaniu  sól wywożona jest karawanami wielbłądów nieraz o długości 40 kilometrów w głąb Afryki. Ciągnąca  przez  pustynię karawana to widok niepowtarzalny, fantastyczny motyw do fotografii. Straszna  pustynia w parku Narodowym Semion, gdzie stale panuje piekielna temperatura i gdzie zobaczyć można jeziora kwasu siarkowego, duszący zapach siarki i twory siarkowo-solne, jak z chorego snu. Za zwiedzanie tego fragmentu Etiopii turyści z całego świata, zamykając oczy i nie oglądając się na jawny wyzysk, gotowi płacić grube pieniądze. Świat przedziwnych zwierząt: lisowilków, jakichś  zwierząt z  ogromnymi rogami, małp-wegetarian, wspaniałych ptaków o dziwnych nazwach, kondorów, a nawet orłów bielików.
Ale Etiopia to nie jest kraj dla turystów bojących się chorób, zatruć tamtejszym jedzeniem i wodą, których należy z daleka unikać (a wszędzie jest coca-cola), bandytów, brudnych łazienek, ubikacji odstręczających już swym wyglądem. Miejsce w hotelu jakiej-takiej klasy kosztuje kilkaset dolarów, a te tańsze przerażają stopniem zniszczenia i dewastacji wprost niewyobrażalnej. (Ale o dziwo – pościel jest w nich idealnie czysta i zmieniana systematycznie. To jeszcze jeden kontrast Etiopii!).

Kto się jednak odważy, zapamięta ten kraj na zawsze.
– Ogrom przeżyć w Etiopii jest wprost niewyobrażalny – mówi prelegent, od dwudziestu lat podróżnik po zaułkach i zakamarkach świata. – Pod koniec naszej wędrówki nie szukałem już motywów do fotografii. Strzelałem aparatem na chybił-trafił. Wykonałem tych zdjęć kilka tysięcy. Na kilka lat przeżyć i katalogowania – dodaje.

Dołącz do dyskusji

Zaloguj się się aby komentować
  Subskrybuj  
Powiadom o