1

Mieczysław Tadeusz Janikowski (1912-68)
W Olkuszu raczej wszyscy już wiedzą, że z miastem tym przez wiele lat związana była świetna malarka, Maria Płonowska. Bardziej zorientowani znają też drogę życiową jednego z najwybitniejszych polskich malarzy II poł. XX wieku, prof. Jana Tarasina, laureat prestiżowej nagrody im. Cybisa, więc wiedzą, że miał on w Olkuszu rodzinę i po wojnie u nas mieszkał, w tym czasie ucząc się w miejscowym gimnazjum.

Jest jednak jeszcze jeden artysta wybitny, z Olkuszem związany, i dodatkowo w tym roku mija 50 lat od jego śmierci, a którym jednak Olkusz nie pamięta; ale to nie jest czyjaś wina, czy zaniechanie, bo do października 2004 r., kiedy to wystawę przekrojową malarstwa abstrakcyjnego Mieczysława Janikowskiego zorganizowało Muzeum Narodowe w Warszawie, nie był on też zanadto znany w Polsce; tłumaczono to faktem, że działał głównie w Paryżu i nie starał się o wystawy w ojczystym kraju. 

Mieczysław Janikowski (fot.1 – zdjęcie artysty ze strony: http://www.haninafinearts.com/artists/mieczyslaw-tadeusz_janikowski) urodził się w Zaleszczykach, czyli na kresach wschodnich, 13 lutego 1912 r. Wczesną młodość spędził już jednak w Olkuszu. Tu też zdał egzamin dojrzałości w gimnazjum im. Króla Kazimierza Wielkiego w 1932 r. Podobnie jak starszy brat Stanisław (również absolwent olkuskiego gimnazjum, matura w 1929 r.) rozpoczął w 1933 r. studia na Wydziale Prawa Uniwersytetu Jagiellońskiego, jednak już po roku zrezygnował z kariery prawniczej i wstąpił do Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie. Malarstwa uczył się pod kierunkiem prof. prof.: Władysława Jarockiego, Kazimierza Sichulskiego i Stefanem Filipkiewicza; absolutorium uzyskał w 1939, tuż przed wybuchem II wojny światowej.

W randze podporucznika walczył w szeregach 22 Pułku Ułanów Podkarpackich. Broń złożył dopiero 1 października 1939 r. Nie chciał iść do sowieckiej niewoli, dlatego przedostał się na Węgry. To najprawdopodobniej uratowało mu życie, bo większość oficerów z jego oddziału zginęła rozstrzelana przez NKWD w lasach Starobielsku i Kozielska.

2

 Kompozycja nr 69, 1960, olej, płótno, 65 × 81 cm, zdjęcie ze strony Domy Aukcyjnego Libra
(wyraźnie nawiązujący do słynnego „Białego kwadratu na białym tle” Malewicza) 

Z Węgier zdołał dotrzeć Janikowski w 1940 do Francji, gdzie wstąpił do tworzącego się tamże Wojska Polskiego. Kiedy Francja jakże szybko padała pod naporem niemieckich pancernych dywizji znalazł się w gronie żołnierzy ewakuowanych do Wielkiej Brytanii. Tm wstąpił do 10 Brygady Kawalerii Pancernej, od lutego 1942 przemianowanej w 1 Dywizję Pancerną, którą dowodził gen. bryg. Stanisław Maczek. Cztery lata później, już jako dowódca wozu pancernego w dywizji gen. Maczka, brał udział w wyzwalaniu Francji i Belgii. Wszelako w walkach na terenie Holandii i Niemiec już nie wziął udziału, bo został ciężko ranny w bitwie o Alphen k. Bredy (1 października 1944 r.). Po wojnie przez dwa lata mieszkał w Szkocji. W tym czasie uczęszczał do College of Art w Edynburgu. Dzięki stypendium we wrześniu 1947 r. wyjechał do Paryża, gdzie przebywał na stałe od 1953 r. W tym czasie wpisał się w nurt malarstwa abstrakcyjnego. W Paryżu zamieszkał na Montparnasse, w legendarnym „La Ruche” („Ulu”), czyli u malarza awangardzisty Stanisława Grabowskiego, ucznia Ferdynanda Legera, co niewątpliwie miało wpływ na malarstwo Janikowskiego, choć bez wątpienia największy mieli jednak konstruktywiści Kazimierz Malewicz i Władysław Strzemiński.

W 1959 roku paryska „Kultura” przyznała mu doroczna nagrodę plastyczną. Pierwszy raz przyjechał do Polski dopiero w 1962 r. Takich wizyt w latach 60. było już kilka; odwiedzał wtedy Kraków (zorganizowano mu wtenczas wystawę indywidualną w krakowskich Krzysztoforach), więc być może zaglądał także do Olkusza. Zmarł nagle, w wieku 56 lat, właśnie w trakcie jednej z takich wizyt, 14 grudnia 1968 r.
Dopiero po śmierci Mieczysław Janikowski zaczął być częściej wystawiany (m.in. w Paryżu, Londynie, Nowym Jorku, Hamburgu i Łodzi); jakoś nie dbał o swoją karierę, dlatego za życia miał ledwie trzy wystawy indywidulane.

3

Plakat do wystawy malarstwa Mieczysława Janikowskiego w Łodzi, w 1974 r.

Najważniejszą, jak dotąd, przekrojową wystawą dorobku Mieczysława Tadeusza Janikowskiego była ta z końca 2004 roku, w Muzeum Narodowym w Warszawie, zatytułowana „W stronę abstrakcji”, na której zaprezentowano 70 prac wypożyczonych m.in. z Muzeum Narodowego w Krakowie, Gdańsku i Poznaniu, Muzeum Sztuki w Łodzi, oraz z kolekcji prywatnych – zaczynając od martwych natur, a na późnych abstrakcjach geometrycznych kończąc (w tym cykl „Droga Krzyżowa” (większość obrazów pochodziła z lat 1955-1968). Podczas warszawskiej prezentacji zapowiadano rychłe wydanie albumu malarstwa tego artysty, ale niestety na zapowiedziach się skończyło. Dodajmy, że jednym z admiratorów malarstwa Janikowskiego jest znany kolekcjoner twórczości artystów polskich działających w Paryżu, były znakomity tenisista, Wojciech Fibak. W maju 2018 roku w Polskiej Akademii Nauk, w Stacji w Paryżu, odbył się wykład historyka sztuki i malarza, prof. Bruno Kopera, poświęcony twórczości Mieczysława Janikowskiego. Nie znalazłem nigdzie informacji, by któraś z polskich galerii – z okazji okrągłej rocznicy śmierci Artysty, przygotowywała poświęcona mu wystawę, ale do grudnia, kiedy minie 50 lat od tej chwili, dzieli nas jeszcze kilka miesięcy, więc nic nie jest jeszcze stracone.
„Zainteresowanie malarstwem abstrakcyjnym, w tym kompozycjami konstruktywistycznymi pojawiło się u Janikowskiego z końcem lat czterdziestych. Na pytanie o powód takiej ewolucji miał odpowiedzieć przyjacielowi, Józefowi Czapskiemu: „linia prosta przeciwstawiona linii krzywej to już jest dramat, więc po co malować więcej?”

Jednakże, obok abstrakcji geometrycznej, w której osiągnął znaczącą pozycję międzynarodową, Mieczysław Janikowski uprawiał równolegle malarstwo figuratywne, tworząc z wielkim powodzeniem pejzaże, zwłaszcza prowansalskie oraz dzieła typu informel, czego przykładem są małe formaty z cyklu „Stworzenie świata”, a także realizacje na papierze w technice frottage.

4

Mieczysław Janikowski, „Kompozycja” z 1961 r., olej na płótnie, 60 x 92cm. Zdjęcie ze strony:
http://www.galeriafibak.com.pl/kolekcja/janikowski-mieczyslaw

W Polsce, prace Mieczysława Janikowskiego wchodzą w skład zbiorów Muzeum Narodowego w Krakowie, Warszawie, Gdańsku i Poznaniu, Muzeum Sztuki w Łodzi, Muzeów Okręgowych: w Bydgoszczy, Bytomiu i Radomiu, z Muzeum Pomorza Środkowego w Słupsku, Muzeum Architektury we Wrocławiu, Muzeum w Chełmie oraz Muzeum Historycznego w Sanoku.”

„Twórczość Mieczysława T. Janikowskiego sytuuje się w kręgu malarstwa abstrakcyjnego, które wywodzi się z tradycji konstruktywizmu Malewicza i Strzemińskiego. Jest ona porównywalna z największymi osiągnięciami sztuki światowej. Do tych rozwiązań formalnych doszedł Janikowski samodzielnie, pokonując bardzo konsekwentną i czytelną drogę artystyczną, sukcesywnie dążąc do eliminacji przedmiotu na rzecz wzajemnych relacji płaszczyzn i form.”
(Cytaty z katalogu do wystawy w Muzeum Narodowym w Warszawie, w 2004 r.).
„Malarstwa Janikowskiego nie można ani opisać, ani opowiedzieć, trzeba na nie patrzeć, tylko na nie, długo, aż się go samemu nie dostrzeże”. Francuski krytyk – P. Cognasse.
(Cytat z katalogu do wystawy malarstwa Janikowskiego w krakowskiej Galerii Kontur – 2005 r.)

Morderca z Olkusza?
Było o człowieku, o którym ciężko napisać, coś niepochlebnego: bohater wojenny, wybitny, światowej klasy artysta; ale przecież nie wszyscy stają się znani za przyczyną pozytywnych działań, a spoglądając na półki księgarskie, gdzie rozpanoszyły się monografie wszelkiej maści tyranów i morderców, można nawet dojść do wniosku, że większą sławę zapewnia bycie złym, niż dobrym. Nie popadając wszelako w manicheizm, poświęćmy chwile uwagi innej postaci związanej (?) z Olkuszem – już wyjaśniam, dlaczego przed „Olkuszem” dałem znak zapytania.

5

Georg Hans Strunz, w niemieckim mundurze policyjnym, zdjęcie z książki Jacka E. Wilczura
„Do nieba nie można od razu…”, Warszawa 2002

Niewiele wiadomo o tym człowieku; ja w każdym razie nigdy wcześniej o nim nie słyszałem. A dowiedziałem się dzięki znajomemu poecie, który podesłał mi swego czasu książkę Jacka E. Wilczura, „Do nieba nie można od razu. Dramatyczne zapiski z okupowanego Lwowa”, wydana przez Oficynę Wydawniczą ECHO w Warszawie w 2002 roku. Jest tam zdjęcie niemieckiego oficera i notka następującej treści: „Georg Hans Strunz, pochodził z Olkusza. Jako oficer niemieckiej policji porządkowej w lipcu i sierpniu 1941, uczestniczył we Lwowie w obławach na polskich profesorów, nauczycieli, oficerów i działaczy samorządowych. Brał udział w egzekucjach Polaków. W roku 1943 przeniesiony do warszawy. Uczestniczył w egzekucjach Polaków na terenie Dworca Zachodniego, na Kole i w Gęsiówce.” Te informacje znalazły się w ostatnim rozdziale pt. „Mordercy”. Wertowałem wszystkie znane mi pozycje o historii Olkusza podczas II wojny światowej, ale nie ma w nich nikogo o personaliach Georg Hans Strunz.
Poszukiwania internetowe na razie też na niewiele się zdały, czy zgoła na nic; jedyny Georg Hans Strunz, jakiego znalazłem, to współczesny konsultantem Feng Shui z Monachium. Ale moje poszukiwania wciąż trwają i o nie omieszkam czytelników „PO” powiadomić, jeśli przyniosą skutek.
Trzeba choć kilka słów napisać o autorze książki, bo to nie byle kto: Jacek E. Wilczur, ur. w 1925 r. we Lwowie, to historyk i politolog, ale także bohater wojenny. Podczas wojny i okupacji rodzinnego miasta „wraz z grupą dzieci rozbijał i okradał niemieckie wagony towarowe i magazyny wojskowe, otrzymując w ten sposób całą rodzinę.” Za te działalność był dwukrotnie aresztowany. Skazany na śmierć, odbity z więzienia w przededniu egzekucji. Potem należał do najmłodszych żołnierzy w oddziale partyzanckim słynnego Jana Piwnika „Ponurego”. Mając 16 lat zgłosił się do grupy egzekucyjnej i wykonywał wydane przez podziemne sądy wyroki śmierci na Niemcach, kolaborantach i pospolitych przestępcach. Dwukrotnie ranny w walkach z Niemcami; dwa razy odznaczony Krzyżem Walecznych. Doktorat z historii obronił na Wydziale Historycznym Uniwersytecie Warszawskim. Pracował w Głównej Komisji Badań Zbrodni Hitlerowskich w Polsce. Opublikował ponad 30 książek i ponad 2 tys. artykułów poświęconych II wojnie światowej, w tym ludobójstwu hitlerowskich Niemiec. Wieloletni wykładowca akademicki – specjalista w zakresie dziejów Niemiec, Ukrainy i Litwy w latach II wojny światowej.

Tak dr Jacek E. Wilczur tłumaczył powody, dla których napisał książkę „Do nieba nie można od razu…”; cytuję jego słowa, bo wynika z nich, że wiele z informacji, jakie zawarł w tej pracy, pochodzą z jego dziennika, jaki prowadził od momentu pierwszego niemieckiego bombardowania Lwowa, z jego pamięci, albo uzyskał je od ludzi, którzy byli świadkami tego strasznego czasu: „Opisane w książce lata 1941-1943 na okupowanych ziemiach polskich, we Lwowie i na dawnych Kresach Wschodnich RP trwają nadal w pamięci tysięcy byłych mieszkańców. Zakodowane są one w pamięci ich dzieci i wnuków, utrwalone w dokumentach zachowanych w archiwach krajowych i zagranicznych, w literaturze historycznej, w opublikowanych wspomnieniach w Polsce i za granicą. Ci z mojego pokolenia oraz starsi od nas, którym udało się uniknąć śmierci z rąk niemieckich lub ukraińskich, zachowali w pamięci obrazy wydarzeń, które nastąpiły we Lwowie od 30 czerwca 1941 – czyli od wkroczenia ukraińskich batalionów Nachtigall i Roland podporządkowanych wywiadowi wojskowemu Abwehry oraz oddziałów Wehrmachtu – do 23 lipca 1944, kiedy to ostatni żołnierze niemieccy wycofali się z Miasta, do którego wkroczyła inna zaborcza formacja – sowiecka Czerwona Armia.

6

Okładka książki Jacka E. Wilczura, „Do nieba nie można od razu…”

Tysiące ludzi, zmarłych w owych latach zorganizowanej zagłady, wskutek głodu, zimna, chorób, zamordowanych w bestialski sposób przez ukraińskie nacjonalistyczne bojówki i przez ukraińską policję pomocniczą, przez funkcjonariuszy specjalnych grup likwidacyjnych, przez oddziały SS, policji i regularnej armii niemieckiej, nigdy już nic nie powiedzą. Najczęściej ich szczątki spoczywają w dotąd nie ekshumowanych zbiorowych grobach na obrzeżach Lwowa, w zagajnikach i lasach podmiejskich, nie oznaczonych nagrobkami, krzyżami czy gwiazdą Syjonu, a nawet najmniejszym napisem. W jednej z tych mogił zbiorowych znajdują się szczątki moich najbliższych, rozstrzelanych, zakłutych bagnetami przez niemieckich nosicieli nowego porządku w Europie – Neuordnung i ich ukraińskich pomocników.
Ci ze zbiorowych mogił nigdy już niczego nie powiedzą i dlatego żywi winni mówić za nich.

Uczestniczyłem aktywnie w owym czasie jako dziecko w działaniach, o których wolałbym nie pamiętać, ale czas, o którym mowa wymusił na dzieciach ich udział w owych wydarzeniach. W czasie, o którym mowa, dla niemieckich sądów doraźnych i sądów specjalnych, nie istniało rozróżnienie między dorosłymi i dziećmi, jeżeli idzie o Polaków i Żydów. W celi dziecięcej, w której przebywałem, był razem z nami dziewięcioletni Rysiek, którego lwowski policyjny sąd doraźny skazał na śmierć i wyrok został wykonany.

22 czerwca 1941 w kilka godzin po tym, jak na Lwów, moje miasto rodzinne, spadły pierwsze niemieckie bomby, zacząłem zapisywać to wszystko, co się wokół mnie działo. Po zajęciu Lwowa przez Niemców nadal prowadziłem swoje zapiski, ale notowałem już tylko ważniejsze wydarzenia. Od 4 kwietnia do 1 października 1942 i od 29 grudnia 1942 do 29 września 1943 przebywałem w niemieckich więzieniach.”

 

Dołącz do dyskusji

Zaloguj się się aby komentować
avatar
500
  Subskrybuj  
Powiadom o