o żarnowcu inaczej 1

Na ogół teksty z tej rubryki są pisane „na poważnie”, ale życie nie jest wyłącznie poważne, więc czasami ma się ochotę przeczytać o czymś na wesoło, a jeśli jeszcze ciut zgryźliwie – tym lepiej. Tekst nie jest nowy, ale się chyba nie zestarzał. Ewentualne „wyrazy” proszę zachować dla siebie i poczekać na kolejne gawędy w tym stylu, o innych gminach Ziemi Olkuskiej – o Olkuszu też będzie – i to chyba będzie tekst najostrzejszy.

Kłopot z Żarnowcem polega na tym, że Żarnowiec niczym się nie wyróżnia. Może tylko jedno jest w nim charakterystyczne, że jest płaski. Cała ziemia olkuska to góry, wzniesienia, górki, skałki, fałdy na powierzchni lub w tej powierzchni wgłębienia, a tu płasko jak na stole, jakby Bóg wybrał sobie to miejsce na prasowanie swoich metafizycznych gaci. Nawet zamek mają w Żarnowcu, ale cóż z tego, skoro też wyprasowany, albo wręcz wprasowany w podmokłą łąkę. A taki, ponoć, był kiedyś piękny i okazały; lustracje królewskie opisują go jako ceglaną budowlę, wygodne miejsce do życia dla odsuniętej od królewskiego łoża Adelajdy Heskiej, małżonki rozwiązłego króla Kazimierza Wielkiego. Wyobraźnia przygania przed moje oczy pełną kwiecia łąkę, po której snuje się smutna królowa z naręczem chabrów, a obok dwórki, dworzanie, grajek z lutnią, nad głową skowronek, cytrynowe motylki przeskakują z kwiatka na kwiatek, a królowa smutna, zamyślona, melancholijna; no i czuje się osamotniona, bo nawet bujna przyroda nie jest jej w stanie zastąpić męskiego ramienia, na którym mogłaby się wesprzeć i zapłakać. W oddali okazałe mury zamku czerwienią się jak kępa monstrualnych maków, dachy kryte gontem, pod którymi zimą znudzona pani siedzi wpatrzona w ogień trzaskający w kominku. A jej chłop, „hojnie przez naturę uposażony”, w tym samym czasie oddaje się wyrafinowanej rozpuście; ale czy aby mamy prawo go osądzać, że się w prawowitej małżonce nie zakochał? Może artysta, który namalował mu jej portret, aby się z wizerunkiem jej lica mógł jeszcze przed ślubem zapoznać (taki panował wtedy obyczaj, bo nie było fotek i internetu, którym można by przesłać pliki jpg), przekoloryzował, albo puścił wodze fantazji? A poza tym, nawet jeśli miał Kazimierz kilka za przeproszeniem bab, to – w porównaniu z innymi średniowiecznymi królami – nie było ich wcale tak wiele, no, jakaś Cudka, córka kasztelańska (fakt, cud nie dziewczyna!), jakieś białogłowy w Opocznie, Człuchowie, Krzeczowie, ale już fama, że cudzołożył nawet ze swoją – jeśli można tak napisać – „starszą siostrą w wierze” Esterką – to raczej wymysł, a owa Żydówka, to taka kronikarska kaczka dziennikarska. Bez wątpienia ukojony miłością dokonał król bigamii, gdy poślubił Czeszkę Rokiczankę, co jednak okazało się z jego strony błędem, bo niewiasta owa została szybko zdekonspirowana jako pozbawiona owłosienia głowy (łysa była po prostu, z tej racji nosiła perukę) i cierpiąca na świerzb! Za te przewiny, skromne wobec win innych władców, nasłuchał się król napomnień, aż nie zdzierżył i kazał księdza Baryczkę, czołowego krytykanta, pławić w Wiśle, bynajmniej nie w celu jego ablucji… A propos nieszczęsnego księdza Baryczki, to zastanawiające, iż Kościół polski jakoś nie był chętny popracować nad zakwalifikowaniem go w poczet świętych, a przecież nadawałby się na świętego, jak choćby podobny mu Jan Nepomucen (a gdyby pomyśleć, to znalazłaby się i współczesna nam analogia). Czyżby tych kilka kościołów (w tym kolegiata w Wiślicy), które ufundował Kazimierz Wielki, okazało się dla hierarchów ważniejsze od ofiary księdza? No, nieważne, odbiegłem od tematu… Ważne, że gdzieś tam w tle tych wydarzeń majaczy zamczysko w Żarnowcu, a w nim zapłakana, a może bardziej – jakbyśmy dziś powiedzieli: wpieniona na maksa Adelajda Heska, którą w końcu z opresji i poniżenia wyratował ojciec, Henryk Żelazny, wywożąc nieszczęsną w Roku Pańskim 1356, no może w Roku Pańskim następnym. Dodajmy, że wraz z Adelajdą do Hesji pojechał także jej majątek. Tymczasem dziś na tej okazałej trawiastej przestrzeni, gdzie Adelajda spędziła ładny kawał życia, spotkać możemy co najwyżej krowę, charakterystyczną holenderkę, przeżuwającą trawę i patrzącą na nas z dużo mniejszym zainteresowaniem niż statystyczny mieszkaniec tej miejscowości. Bo w Żarnowcu jakoś mało jest turystów. Gdy się tam więc pojawisz, nieopatrznie (bo któż jedzie do Żarnowca celowo?), to licz się niedojdo, że wzbudzisz niezdrowe zainteresowanie.

 

Warto zajrzeć do Żarnowca, choćby po to, by się przekonać, że na co dzień żyjemy w pętach stereotypów, i np. żywimy błędne z gruntu przekonanie, iż naczelnik Tadeusz Kościuszko był zawsze i wszędzie mężczyzną. W Żarnowcu dowiemy się, że u zarania był Kościuszko …kobietą. Nie wierzycie? Przekonacie się o tym już przy wjeździe do Żarnowca, opodal stacji benzynowej, tuż obok skrzyżowaniu dróg na Wolbrom, Pilicę i Miechów. Tam bowiem, na małym, ciut większym od pryszcza pagórku, stoi kopiec z pomniczkiem naczelnika Tadeusza Kościuszki. Gadają w Żarnowcu starzy ludzie, że ponoć był kiedyś w tej miejscowości gospodarz, który się zakochał. Przyznajcie, zdarza się taka przypadłość nawet na wsiach. I swoją lubą wyrzeźbił, ale czy mu się dzieło własnych rąk nie podobało, czy też się dokumentnie odkochał, faktem jest, iż rzeźbę wrzucił na strych i o niej zapomniał. A potem chyba umarł, może z racji pękniętego serca, może na marskość wątroby, nie, człowiek nie dojdzie prawdy po tylu latach, może jedynie spekulować. Natomiast w 1912 roku chłopy miejscowe, w patriotycznym uniesieniu, chciały postawić Naczelnikowi Kościuszce stosowny pomnik, pomnik, który byłby godny tego męża stanu. I wtedy ktoś się wyrwał, jakiś syn, może wnuk uzdolnionego rzeźbiarsko gospodarza, wyrwał się więc ów włościanin – jak ten Filip po zapaleniu skręta z konopi – i wyznał, że u niego na strychu taka rzeźba leży, no niby kobiety, ale sakramencko podobna z lica do naszego kochanego Naczelnika. Chłopy obejrzeli, podumali i stwierdzili, że Kościuszko będzie z krasawicy akuratny, ino trza będzie jej cycki utrącić. Jak uradzili, tak zrobili. Biust, zapewne z pewnym żalem, skuli i naczelnik był gotowy. I postawili dawną – nazwijmy ją dla własnej wygody – „Kościuszkową” na kopcu. Dodajmy, że dzięki temu, że mieli tak zwanego Kościuszkę gotowca – mogli się też cieszyć ze znaczących oszczędności, bo prawie nic ich ten patriotyczny obowiązek nie kosztował. Fakt, niby z gęby ten żarnowiecki Kościuszko jakiś taki hermafrodyta, ni to baba, ni to chłop, a co ma w spodniach, nie wiadomo, bo to tylko popiersie i tego, co ma ewentualnie w dole, w rozporku, nie widać. Patrzy imć Tadeusz w dal i jakiś niesprecyzowany smutek czai się w jego oczach, może czuje się nie na miejscu, może ma kłopoty z samoakceptacją własnej płci, no, coś mu leży na wątrobie. Ta historia ciut przypomina, jak to świętych w początkach komunizmu zamieniano na Marksa, a potem Marksa zaś na świętych.

Jest w Żarnowcu upamiętniony jeszcze jeden słynny zmarły, Joel Barlow się nazywał. Nie znacie? To amerykański konsul, który zobaczył Żarnowiec – i umarł. Właśnie w tak krótkich, żołnierskich słowach można by opisać jego tu pobyt. Wprawdzie nasuwa się nam w tym momencie porównanie tej miejscowości do Neapolu, ale bez obaw, kto widział Neapol i Żarnowiec, ten wie, że więcej analogii między nimi nie ma. Nim jednak wyzionął Barlow ducha, na stacji pocztowej (a nie kolejowej, jak czasem piszą, bo w Żarnowcu kolei nie ma do dziś, a zresztą w owym 1812 roku, gdy Barlow wyziewał ducha, ani kolejnictwa jeszcze nie było, ani tym bardziej stacji kolejowych) uratował pewnego gościa, którego znalazł w śnieżnej zaspie; gościem tym był imć pan Piwowarski, pradziad słynnego reżysera Radosława. Jak sobie pomyślę, że nie byłoby „Marcowych migdałów” czy „Pociągu do Hollywood” z wiekopomną rolą Kasi Figuiry, chętnie pokazującej w tym drugim filmie swoje niewątpliwe walory, to mam wiele szacunku dla amerykańskiego konsula, który w Żarnowcu wyzionął ducha. A wyzionął go ponoć wracając od walczącego w Rosji Napoleona, a wedle innej wersji do onego Napoleona zdążając, co jasno potwierdza fakt, że był Barlow dyplomatą, bo z nimi nigdy nie wiadomo jak jest i gdy się takiego konsula widzi w połowie schodów, to nigdy nie można na sto procent powiedzieć, że na te schody wchodzi czy z nich schodzi (nawet wierszyk jest na ten temat: „a gdy byli w drogi połowie, to nie byli ni w górze ni w dole”). Akurat o Barlowie wiemy, że zszedł i to ostatecznie. Ustaliliśmy, że amerykański dyplomata Joel Barlow uratował ciągłość rodziny Piwowarskich, której sąsiedni Miechów zawdzięcza Juliana, w okresie międzywojennym i krótko po wojnie burmistrza.. Czas na trochę szczegółów, bo to one budują akcję.
Barlow, jak już wspominaliśmy, wyzionął tego ducha w grudniową nocą 1812 roku, w prowincjonalnym Żarnowcu, podówczas mieścinie leżącej w powiecie pilickim departamentu krakowskiego, przy trakcie pocztowym prowadzącym z Warszawy na Kraków, nim to jednak nastąpiło, co nieco zdziałał, jakieś poematy pisał (m.in o …puddingu), podróżował, wspierał duchowo. Ale może zacznijmy od poczęcia… Urodził się w 1754 r. w Redding (kolonia Connecticut), jako syn Samuela i Ester Hull, kształcił się w Yale College w New Haven. Już po szkole coś tam publikował; rodzice marzyli, żeby został prawnikiem, a on tymczasem został… kapelanem wojskowym (pełnił ten trudny obowiązek podczas wojny o niepodległość kolonii 1776-1783). Potem jakiś tygodnik polityczny założył, jakby to było coś, co warto wspominać. „W 1784 r. napisał wielki poemat alegoryczny The Vision of Columbus, przesycony duchem oświeceniowego racjonalizmu i optymizmu, kreślący wizję przyszłej wielkiej Ameryki i braterstwa wolnych ludów. W poemacie znalazły swój wymiar marzenia autora o prawach człowieka”. – czytam w internetowym wydaniu Gazety Miechowskiej. Nieźle to brzmi zwłaszcza dziś, w dobie Buscha, wojen w Iraku, Afganistanie, przetrzymywania ludzi bez wyroku w bazie Guantanamo… Jego marzenia więc ziściły się w niespełna dwa wieki później – tyle, że w formie ciut karykaturalnej.
Pod koniec 1795 r. został mianowany konsulem amerykańskim w Algierze. W 1811 roku prezydent James Madison mianował Barlowa Ministrem Pełnomocnym Stanów Zjednoczonych we Francji. Jego zadanie polegało na zawarciu traktatu handlowego pomiędzy Francją a Stanami Zjednoczonymi. Polecono mu też postarać się uzyskać od Francji odszkodowania za statki i towary amerykańskich kupców, zarekwirowane w następstwie “blokady kontynentalnej” – zakazu handlu z Anglią, wprowadzonego przez Napoleona. Był już bliski uzyskania tego, co zamierzał, gdy wojna Francji z Rosją przerwała zaawansowane rozmowy. W połowie października Minister Pełnomocny Stanów Zjednoczonych wyruszył w podróż, by spotkać się z Bonapartem; zabrał ze sobą bratanka Thomasa (proszę bardzo – czystej wody nepotyzm, sekretarzem mianował przecież członka rodziny) i Murzyna (ładne kwiatki, niby zwolennik rewolucji francuskiej, a miał służącego i to Afroamerykanina). W Wilnie czekał na Napoleona. Nie wiedział, że Armia Francuska poniosła klęskę. Pewnie gdyby wiedział, to nie planowałby z Bonapartem pogawędek o duperelach. Nim się jednak cesarza doczekał, kazano mu wracać do Warszawy. Tak uczynił. W stolicy nie zabalował, tylko zaraz ruszył do Krakowa. Wnet jednak zapadł na zapalenie płuc. Pod Radoszycami, sam już poważnie chory, polecił zabrać z traktu do powozu zamarzniętego człowieka w wojskowym uniformie. Był nim „ppor. 5 Pułku Strzelców Konnych Adam Jakub Piwowarski (rodem z podmiechowskiej Tczycy), który z Warszawy został skierowany jako kurier do hrabiego Aleksandra Colona-Walewskiego w Iwanowicach, a więc w swoje rodzinne strony” – (cytat z art. z GM). Miał szczęście ów Piwowarski, że trafiło na Amerykanina; Polak za żadne skarby świata nie zabrałby do wozu gościa drzemiącego w zaspie na poboczu drogi, bo wiadomo: pomyślałby, że delikwent jest pijany, więc lepiej go nie ruszać; se pośpi, to wytrzeźwieje i sam wróci do domu. A jak nie wróci, to sam sobie winien, nie ma co pijaka żałować – tak pomyślałaby większość z nas.
Dojechali do Żarnowca, gdzie 26 grudnia 1812 r., mimo wysiłków miejscowego lekarza Barlow, wyzionął swojego amerykańsko-protestanckiego ducha. Przestraszeni informacją o sotniach kozackich bratanek Barlowa i inny francuski dyplomata Petry (oraz służący Murzyn, zapewne obiekt szczególnego zainteresowania mieszkańców Żarnowca) uciekli do Krakowa. Nie zdążono więc, jak planowano, zrobić z Barlowem tego, co uczyniono z Leninem, czyli zabalsamować; a chciano, co by go móc wywieźć do Ameryki. Pochowano go pod kościołem Nawiedzenia Najświętszej Marii Panny. Piwowarski umiał się znaleźć, toteż ufundował w kruchcie świątyni tablicę z marmuru dębnickiego upamiętniającą tego, który mu uratował życie. Zaś na koszt wdowy Ruth Barlow wzniesiono na cmentarzu przykościelnym nagrobek kamienny. Ale jakiś kiepski musiał być ten kamieniarz miejscowy, albo użył złej jakości materiałów budowlanych, skoro w kilkadziesiąt lat nagrobek rozleciał się w pył i nikt nie potrafił wskazać miejsca, w którym doczesne szczątki konsula amerykańskiego zakopano. Ponoć był jeszcze jakiś dziadek, który owe miejsce potrafił wskazać, ale go przeczekano i on też wyzionął ducha. Amerykański kongres już w 1930 r. planował wznieść w Żarnowcu pomnik ku czci wielkiego rodaka, nawet zadekretowali na ten cel kwotę 30 tys. dolarów, co świadczy, że miała powstać statua w bardzo okazałej formie, bo to kupa kasy była, ale kongresmani zamarudzili, więc u nas nastał komunizm i o stawianiu pomników w Polsce mogli sobie paskudni imperialiści co najwyżej pomarzyć. Dopiero po 1989 r. coś drgnęło. Tablicę, po 180 latach zapomnienia, odnowiono (dzięki staraniom dyplomaty amerykańskiego Williama Sommersa). Odsłonięto ją ponownie 4 maja 1996 r., z tej okazji pojawił się w Żarnowcu konsul generalny Stanów Zjednoczonych w Krakowie Mary B. Marshall, ale ona miała więcej szczęścia niż Barlow i z Żarnowca zdołała wyjechać nie dość, że cała, to jeszcze zdrowa. W dwa lata później, w czerwcu 1998 r., podczas obchodów 900-lecia Żarnowca, kosztem Fundacji im. Joela Barlowa odsłonięto obok kościoła obelisk ku czci patrona fundacji. Nie wiadomo, czy wymurowano go w tym miejscu, w którym powinien stanąć, no bo tego już dziś nikt nie sprawdzi.
Podejrzewam wszelako, że zwykli mieszkańcy Żarnowca, ci, których o nic się nie pyta, tylko zawsze stawia przed aktem dokonanym, nie do końca znajdują radość w tym, iż czci się w ich imieniu pamięć o jakimś facecie, tylko dlatego, że właśnie u nich – z całym szacunkiem – wyciągnął nogi.

o żarnowcu inaczej 2

Summa summarum dla trzech osób: Adelajdy Heskiej, Tadeusza Kościuszki i Joela Barlowa, Żarnowiec jest miejscowością, która nie powinna im się dobrze kojarzyć. Mnie się też jakoś specjalnie pozytywnie nie kojarzy, bo pamiętam jeszcze, jak nazywano ów gród nad Pilicą – Kolasińskowem, na cześć miejscowego biznesmena; był taki moment dziejowy, że ów dżentelmen stał się właścicielem większości tutejszych nieruchomości. Ale mało mu było samego Żarnowca, toteż w pewnym momencie zamarzyła mu się wielka polityka. Zaprosił do siebie b. prezydenta Wałęsę (i ten, proszę sobie wyobrazić, przyjechał), a potem wystartował w wyborach i nawet posłem został z ramienia Akcji Wyborczej Solidarność. A potem wszystko mu się posypało: interes, rodzina, kariera; doszło do tego, że biedak musiał w ostatnim dniu obowiązywania immunitetu poselskiego uciekać za granice Najjaśniejszej. W przebraniu księdza ukrywał się na Słowacji, gdzie ponoć handlował winem mszalnym (miał doświadczenie w branży, bo wcześniej handlował winem udającym włoski Cin Cin, no i ma brata księdza). I na tej Słowacji capnęli go detektywi Rutkowskiego… Ale dajmy spokój, to postać (posiedzieć) niezbyt warta opisywania, więc na jeno krótkim napomknięciu poprzestanę.
Ja w Żarnowcu bywałem kiedyś dość często. Nawet mi się zdarzało PKS-em tam jeździć przez Wolbrom. Podobało mi się tam, bo lubię niedopowiedzenia, a Żarnowiec to jest miejscowość niedopowiedziana. Nawet jak o Żarnowcu piszę, to chciałbym pisać, że to miasto, bo przecież miastem był, ale od przeszło stu lat już nim nie jest, więc pisać tak niepodobna. A przecież nawet sprawia wrażenie miasta, miasteczka bez wątpienia; no, ale jak sobie wspomnę kury spacerujące po rynku, to jakoś wrażenie jego miastowości blednie. Niemniej ostatnio sporo się tam zmieniło, przyszło nowe – nowe domy, nowe chodniki, nowe ulice, nowe siedziby Banku Spółdzielczego, Technikum Hodowli Koni, szkoły podstawowej… Nie wiem tylko, jak tam z mentalnością ludzi: czy jest nowa, czy wciąż tradycyjna…
Na początku XX wieku Wacław Jaskłowski – człowiek wszechstronnie wykształcony: prawnik i historyk – w pracy „Żarnowiec i okolice” pisał otwartym tekstem, że mieszkają tu ludzie mało kumaci, no po prostu bardzo niepochlebnie się o Żarnowcu wypowiadał. Donosił wręcz: „W gminie tutejszej rządzi arbitralnie i wszechwładnie miejscowy pisarz, będący jednocześnie wójtem. Gospodarka gminna pozostawia też wiele do życzenia; drogi są w stanie tak opłakanym, że wiosną i jesienią są wprost nie do przebycia, z konieczności więc od miesiąca maja jeździmy po polach, tratując zasiewy; mosty tak złe, że furmani je omijają. Sama osada Żarnowiec to już istny obraz nędzy i rozpaczy; ulice ciasne, w części niebrukowane, pełne wyboi; studni nawet nie ma, stara drewniana rzeźnia, położona tuż przy rzece, prawie w centrum miasta, z bezdennym gnojowiskiem u spodu zatruwa powietrze. (…) Mieszczanie nie stoją (…) wyżej od reszty gminników, którzy korzystają z przysługującego im prawa głosu jedynie jako okazji do pijatyki. Przekupstwo jest tu tak rozwinięte, że bez poczęstunku i datków kilkurublowych krzykaczom nie odbędą się tu ani wybory (…) ani uchwała”. A jak Jaskłowski pisał o założonej w 1906 r. Straży Pożarnej? Skandalicznie! „Tu wszystko ogranicza się do wspólnych libacji, prób i manewrów, polegających na maszerowaniu i śpiewaniu marsza strażackiego. A że tego rodzaju manewry odbywają się częstokroć najnieoczekiwaniej w świecie, niepokoją zatem mieszkańców budząc ich ze snu i przejmując na razie trwogą. (…) Pewnego rodzaju stratę materialną przynoszą spokojnym mieszkańcom tak zwane próby, odbywające się na cudzych dachach, polegające na dziurawieniu gontów, wynoszeniu gratów z domu i nalewaniu wody do mieszkań. Jest to zwykły sposób wymuszania datków na straż od opornych”. Gdy czytam te słowa, to jakoś rozumiem obecne władze gminne, iż książki Jaskłowskiego nie chcą wznawiać. Mój Boże, gdybym ja tak o swojej gminie napisał, to chyba bym się nie uchował. Skądinąd ciekawe, czy w zeszłym roku, na stulecie OSP Żarnowiec, ktoś sobie o tak pięknym opisie początków jej działalności przypomniał, i w stosownym momencie Jaskłowskiego zacytował; to oczywiście pytanie retoryczne.

Gdyby w Żarnowcu zapytać o najważniejszą i najsłynniejszą postać wywodzącą się z tej miejscowości, to podejrzewam, że statystyczny żarnowcowianin czy żarnowcowianka nie wymieniliby akurat tej osoby, o której myślę; chodzi o Grzegorza z Żarnowca (1528-1601). Zwano go „kalwińskim Skargą”. Był autorem bardzo popularnej „Postylli” (zbiór kazań z komentarzami); do dziś uważa się go za jednego z najwybitniejszych polskich teologów kalwińskich. Znamienne, że w Żarnowcu jest ulica Traktorzystów, ale nie ma ulicy Żarnowczyka (tak zwano go w skrócie).

Żarnowiec ma przeszło 900 lat. Wspomina o nim już pewien anonimowy Gall w swojej Kronice. Tyle tylko, że Żarnowiec, który istnieć miał już w 1098 roku, to obecna wieś Łany Wielkie. Miastem zrobił go Kazimierz Wielki. Jak już wcześniej zanudzałem, zdarzało się ostatniemu Piastowi tu zaglądać, i pewnie czyniłby to częściej, ale przecież nie po to tu właśnie osadził Adelajdę, żeby ją odwiedzać; gdyby ją chciał widywać częściej, to trzymałby ja przy sobie, na dworze. Od XVI wieku, gdy istniało Starostwo Żarnowieckie, miasto zaczęło tracić na znaczeniu. Tutejszy zamek odwiedzał jeszcze m.in. Jagiełło, a z gości mniej oczekiwanych także Szwedzi, którzy spalili miasto w 1655 roku. Tak, jak w Olkuszu, skandynawskie bandziory przyczyniły się do upadku miasta (swoją drogą trzeba by się zastanowić, czy nie dałoby się od nich uzyskać jakiegoś odszkodowania za Potop, za wojnę północną i za te dziesiątki lat plądrowania pięknej polskiej ziemi?!). W 1794 r., tuż przed bitwą pod Szczekocinami, obozowały tu oddziały pruskie gen. Favrata, a w pobliskiej Woli Libertowskiej przez kilka dni gościł sam Fryderyk Wilhelm II, o którym Karol Marks pisał per „Stary sodomita” (a może to o jego ojcu tak nieparlamentarnie się wypowiadał? – już nie pomnę).
W kilka lat po powstaniu styczniowym Żarnowiec stracił prawa miejskie, ale nie wierzcie, jak wam będą tłumaczyć, że to była kara za udział miejscowego żywiołu w insurekcji 1863 roku; gadanie, po prostu car reformę zrobił i z wykazu miast specjalnym ukazem usunął wszystkie te, które miały niskie dochody i na ogół miast już nie przypominały, bo od dawna były z wyglądu wsiami zabitymi dechami.

Gierek lubił się dzielić, wszędzie witano go chlebem i solą, a on jeździł po PRL-u i dzielił się swymi przemyśleniami na temat wspólnej roboty, pomaganiu sobie wzajem (Partia narodowi, a naród Partii). Aż pewnego razu Gierek postanowił podzielić Polskę. W 1975 r. wymyślił reformę, która polegała na podzieleniu dużych 17 województw na małe, których zrobiono 49. Dlaczego nie np. 50, dla równego rachunku? Żeby się Polska komuś nie pomyliła (nie kojarzyła) z USA, które ma 50 stanów. Wtedy to, w 1975 r. nastąpił kres historycznego powiatu Olkusz, a Żarnowiec, wraz z m.in. Pilicą, trafił w zasięg oddziaływania Zawiercia (w który to zasięg wcześniej wpadły inne „olkuskie” gminy: Kroczyce, Pradła, Ogrodzieniec, że o Kromołowie nie wspomnę, bo ten popadł w zażyłość z ziemią zawierciańską już w 1885 roku). Gdy w 1999 roku ponownie tworzono powiaty, nikt w Żarnowcu nie chciał słyszeć o powrocie pod olkuską jurysdykcję. I nie usłyszał.

Wójt Eugeniusz Kapuśniak – jak Mojżesz, który wyprowadził Żydów z egipskiej niewoli – wyciągnął w 1989 r. gminę z komunizmu i wrzucił na głęboką wody wolnego rynku i kapitalizmu. Porównanie nie jest jednak do końca adekwatne, gdyż po pierwsze Mojżesz nie był przedstawicielem egipskiego ciemiężcy (a wójt Kapuśniak sekretarzował Komitetowi Gminnemu PZPR), a po drugie Mojżesz osobiście do Ziemi Świętej nie dotarł, a wójt nie tylko wyprowadził swój lud, ale dalej nim dowodzi i nic nie zapowiada, by się to szybko miało skończyć, bo wójt nie zależy już od swych wyborców (oni chyba mają w genach zakodowane, na kogo głosować i dlaczego to ma być za każdym razem wójt Kapuśniak, ale jedynie od Boga, ewentualnie Regionalnej Izby Obrachunkowej i Najwyższej Izby Kontroli.

Moja mama nigdy nie była w Żarnowcu. Więc, jak widać, można żyć bez Żarnowca. Jak by nie patrzeć, żyjemy w naszym powiatowym Olkuszu bez Żarnowca, a Żarnowiec obywa się bez Olkusza; jest jak w małżeństwie, które po wielu wspólnych latach rozeszło się i teraz nie utrzymuje ze sobą żadnego kontaktu. Nic byłych małżonków nie łączy, bo nie mieli potomstwa. Trochę żal, że półtora wieku wspólnego obcowania okazało się takie bezpłodne.
Olgerd Dziechciarz

Fot. 1. Żarnowiec na pocz. XX wieku.
Fot. 2. Żarnowiec, straż pożarna, ok. 1920-25

0 0 votes
Article Rating
Subskrybuj
Powiadom o
5 komentarzy
najnowszy
najstarszy oceniany
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze
Tromp
Tromp
5 lat temu

Odnośnie tych praw miejskich, to wątpię, by miasteczko mające ze 2 tysiące mieszkańców (lata 60. XIX wieku) przypominało wieś znacząco bardziej, niż Wolbrom czy Pilica. Degeneracja nastąpiła po utracie statusu. Jak już się czepiamy, to rzeczy prawdziwych i z sensem, mocium Autorze, coby nie posądził kto o syndrom niezależnego myśliciela…

hymn
hymn
6 lat temu

a wiecie kto był u kolasińskiego kięgową

autucenzorka
autucenzorka
6 lat temu

Bł.ks.Maksymilian Binkiewicz.

nowy rok
nowy rok
6 lat temu

Wolbrom i Olkusz zapewne chciałby mieć takiego gospodarza jak ma Gmina Zarnowiec. Wszystkiego najlepszego w nowym roku-jeszcze więcej sukcesów .

Jura-nd
Jura-nd
6 lat temu

Dość zgryźliwe, ale co może tam wiedzieć Wolbromiak. Może tyle, że jakaś nadzieja dla Żarnowca jest?