logo zielone swiatlo

Jestem kobietą w średnim wieku, z gatunku tych luzaczek. 168 cm wzrostu, chuda, bo z 66 kg zeszczuplałam do 52. Na pozór wszystko w normie. Oprócz tego, że choruję na raka.
Zaczęłam opracowywać strategię na przetrwanie. Doszłam do wniosku (nie było to łatwe), że do raka trzeba podchodzić normalnie. Nie można go demonizować. Trzeba przyzwyczaić przyjaciół  i rodzinę, odczarować klątwę i przemienić ją w to, czym jest – w chorobę.

Kiedy dowiedziałam się o raku, najbardziej martwiło mnie, jak powiedzieć o tym najbliższym. W końcu przełamałam się i powiedziałam. Znajomych postanowiłam nie traktować przez bibułkę. W marcu poszłam do pubu na spotkanie w gronie przyjaciół. Żona kolegi pochwaliła mnie: – Fajnie wyglądasz. Chyba schudłaś?
– Schudłam – odpowiedziałam – bo mam nowotwór. Zrobiło się cicho, jak makiem zasiał, ale potem znormalniało. Bo na tę normalność właśnie trzeba najbardziej uważać, żeby nie zastąpiła jej histeria.Tymczasem normalność jest rzadkością nawet w szpitalu. Kiedy przytomnie zapytałam o to, co będzie później, poczułam się tak, jakby zainteresowanie przyszłością było nietaktem. Przy raku najbardziej trzeba uważać na załamki, bo niektórzy z nas otrzymują od sił wyższych moc, niektórzy niestety nie. Wielokrotnie zastanawiałam się, czy gdyby mój rak był bardziej bolesny, potrafiłabym go tak spokojnie znosić. Największa załamka zbiegła się z chemią. Nie pomagały najsilniejsze leki przeciwwymiotne. Zaczęłam medytować. Siadałam prosto, wybierałam sobie jakiś punkt i cały dzień na niego patrzyłam. Lekka załamka przyszła też, gdy szanse na przeżycie przestały się zgadzać. Lekarz prowadzący poinformował mnie,  że wyjdę z tego na 70%. Gdy już na stałe przywiązałam się do tej cyfry, inny lekarz oszacował moje szanse na 40%.  Dużo pracy zajęło mi przestawienie się z siedemdziesiątki na czterdziestkę. Na szczęście ta próba powiodła się.

 

Życie z rakiem dzieli się na pobyty i wyjścia. Nie wyznaczam sobie limitów na wytrzymałość dłuższych niż termin wypisu. Kiedy jednak wychodzę ze szpitala, zostawiam tam historię choroby aż do następnych badań kontrolnych i zaczynam delektować się życiem. Na maksa. Życie smakuje od razu.
Dobrze jest mieć do choroby dystans, chociaż nadmierny luz nie jest wskazany. Takiego człowieka trzeba utemperować, uświadomić mu, że to nie żarty, że należy przestrzegać lekarskich zaleceń. W przypadku coraz większej ilości ludzi zmagających się z rakiem częściej możemy powiedzieć, że są szanse na całkowite wyleczenie, a to olbrzymia motywacja. Pacjent, który wierzy w sukces terapii, znajduje się po tej samej stronie barykady, co lekarz,   a nie po stronie wroga, czyli razem z rakiem.

W dalszym ciągu opracowuję strategię przetrwania. Ze świadomością choroby trzeba sobie przede wszystkim radzić samemu. Uwierzyłam sobie: mnie nie da się zabić. Wierzę w to tak bardzo, że przekonałam najbliższych. Powtarzają oni, że mój spokój to najpełniejsza gwarancja, że to oni czerpią ode mnie siły. Paradoks? Nie!

Kiedyś zatrzymała mnie policja. Pokazałam panom papiery ze szpitala, i co? Pojechałam dalej. Może to litość, może strach przed chorobą? A co mi tam, czy to mi się nie należy?

Dołącz do dyskusji

Zaloguj się się aby komentować
avatar
500
  Subskrybuj  
Powiadom o